Powerplay

A-HA - Cast In Steel

W promieniach porannego słońca na zdjęciu umieszczonym na okładce nowej płyty panowie z zespołu A-ha wyglądają ciągle na młodych i radosnych.  Pięć lat temu Norwegowie obwieścili, że kończą działalność. Świat niespecjalnie się tym już przejął, niemniej całe zastępy fanów zespołu, którzy w międzyczasie dorośli i chcieli sobie przypominać swą młodość na koncertach, były zdecydowanie niepocieszone. Nic więc dziwnego, że menedżer formacji ogłosił niebawem, że A-ha jednak powrócą – najpierw na koncerty, a potem do studia. I rzeczywiście: muzycy zaangażowali producenta swych pierwszych płyt – Alana Turneya – i nagrali kilkanaście premierowych piosenek, z których większość trafiła na płytę "Cast In Steel". Norwedzy postanowili nie uwspółcześniać swego brzmienia na siłę – i to był bardzo dobry pomysł. Dwanaście utworów z zestawu utrzymanych jest więc w stylu lat 80., łączącym zgrabnie przestrzenna elektronikę, rockowe brzmienia gitar i epickie partie orkiestry. Wszystkie te dźwięki składają się na mocno melancholijny nastrój, tworzony głównie przez balladowe piosenki w rodzaju "Under The Makeup" czy "Goodbye Thompson". Najbardziej cieszą na płycie nagrania flirtujące z klimatycznym synth-popem. Tutaj warstwę rytmiczną tworzy taneczny puls, a romantyczny wokal Mortena Harketa oplatają zarówno soundtrackowe smyczki, jak i kosmiczne syntezatory. To przede wszystkim przejmująca "Mythomania", ale też nie mniej udane "The Wake" i "Door Ajar". Echa ejtisowych brzmień pojawiają się również w bardziej konwencjonalnych piosenkach – czego dowodem nowofalowe gitary w "Forest Fire" czy post-punkowy bas w "She’s Humming A Tune". Tak czy siak wszystkie utwory zanurzone są w głębokiej nostalgii, niesionej głównie przez tęskny wokal frontmana. Nic w tym dziwnego – wszak mamy do czynienia z facetami po przejściach, którzy kiedyś byli idolami nastolatek, a dziś dobijają powoli do sześćdziesiątki. Młodzi słuchacze raczej nie zwrócą uwagi na "Cast In Steel". Bo też tak naprawdę nie do nich jest adresowana ta płyta. Dzisiejsi 40- i 50-latkowie poczują jednak przejmujące ukłucie w sercach, kiedy dojdzie do nich melancholijny wokal z otwierającego album utworu tytułowego. Co prawda frontman A-ha śpiewa, że wszystko powoli przemija i rozpada się, ale dodaje też, iż istnieje coś, co zostaje na zawsze. Miłosne przyrzeczenia, sprawdzona przyjaźń, muzyczna pasja. I tego trzeba się trzymać.