Upal jak w Chicago.

Uwielbiam jak kolega Robert wyrzuci mnie gdzies w okolicach Art Institute Of Chicago. Spacer nad jezioro zabiera prawie caly dzien, bo wciaga mnie to tu, to tam. Najpierw Crow’s Nest, czyli 2 pietra z plytami. Jest w czym wybierac, bo album Logginsa „High Adventure” od kilku lat kosztuje tam zawsze mniej niz 7$. Ciekawe dlaczego zawsze kupuje kilka sztuk? Przydaja sie… Dwie godzinki mijaja jak jedna chwila. Zaraz potem Starbucks i wizyta w muzeum. Tam zawsze jakos dostojnie i chlodniej. Michigan Avenue bardzo lubie. Fajnie jest chodzic ulica, na ktorej nikt mnie nie poznaje. Ciekawe czy otwarty juz Hard Rock Hotel. Dwa lata temu ciagle jeszcze byl w budowie. Nastepny Starbucks pod 444, znaczy zaraz obok WNUA 95.5. Potem wciaga mnie Virgin i nastepne plyty. Tam maja dobra ekspozycje nowosci i prawie wszystkiego mozna posluchac. Miedzy Virgin a Borders sklep z drobiazgami do kuchni. Nie kupuje, ale poogladac lubie. W Borders zawsze ladnie pokazany jazz, choc te ceny? Z zakupami zawsze czekam do wtorku i Rollina. Kiedy dochodze do jeziora chce mi sie juz tylko troche posiedziec. Pogode zawsze trafiam fantastyczna. Nie bardzo moge sie zasiedziec, bo ledwie zdaze zjesc Chicken Fingers Tupelo Style w Hard Rock Cafe, Robert zgarnia mnie po drodze z pracy i jedziemy najpierw do Tower Records, a nastepnie Second Hand Tunes. I na co mi tyle tych plyt! Tak sobie troche pomarzylem, bo w naszej muzyce jakos malo sie dzieje. Sezon ogórkowy. Na bazarku w moim osiedlu ciagle czeresniowy. Juz sie koncza, ale zaraz beda sliwki wegierki i najlepsze na swiecie jablka. No tak, ale wtedy juz zaraz przyjdzie jesien. Za szybko! Ale moze w muzyce cos drgnie?

piatek 29 lipca 2005

Marek Niedźwiecki

Archiwum

1 2 3 4 5 6 7 8