Swawolny Krzyś

Pan Krzyś przyleciał do Chicago w dekadenckich latach XX wieku. Był bardzo młody, przystojny i z Krakowa. Kraków ceniło się wówczas bardziej niż dziś Warszawę. Kraków to Uniwersytet Jagielloński, to kolebka kultury, a nawet więcej, to przedmurze cywilizacji lwiej części oświeconej Europy. Krzyś był jedynym ukochanym synem zdolnej pianistki i nieco mniej zdolnego za to bardziej zabawnego krakusa okolic Grzegórzeckiej. Co przygnało Krzysia do Chicago? Chęć przygody, łatwość radzenia sobie w życiu, wybór między wolnością a swawolą... wszystko jedno jak było, Krzyś wziął na nadwątloną klatę całą swoją przyszłość. Postawił na rozwój. Dziesiątki lat można słuchać jego głosu w reklamie znanego chicagowskiego muzyka i radiowca. Jeszcze świeżym chłopięcym głosem zachwala naprawy, głosząc: "lodówki, pralki, telewizory, sprzęt...itd." Ostatnio ten timbre przypomiał się słuchaczom około północy w jednej z miejscowych rozgłośni Radia Poloni. Po współpracy z muzykiem przyszedł czas na tańce. Nie jakaś gimnastyka lecz szkolenie! Przy tej okazji, biznes. Ludzie przychodzili jesienią, poznawali się a z wiosną był czas szkolić nowe pary. Najtrudniej bywało latem. Odpowiedzią na zapotrzebowanie ówczesnej Poloni okazał się pęd do nauki języka angielskiego. W latach 80. i 90. ub. wieku do Chicago sciągała zmęczona solidarnosciowa brać. Po angielsku chciała mówić co druga i co trzeci. Krzyś znalazł jednego, potem drugiego anglistę z Polski i po pewnych zabiegach organizacyjnych powstała szkoła. Najpiew z siedzibą przy Long/Belmont a następnie przy Central/Berteau, na północy Chicago. Filia na południu miasta otwarła podwoje dla górali, gdy tylko nowi angliści z Polski zaczeli odwiedzać Amerykę. Równolegle naukę języka angielskiego oferowaly amerykańskie uczelnie. Przybywało konkurentów. Krzyś podjął szeroką reklamę w polonijnym radiu. Miał nawet czas jakiś program pod motywującym każdego hasłem: "żeby nam się chciało chcieć". Inspirował polonijne umysły do dzialania, dzieci do nauki a siebie umacniał w rozwoju i uzasadniowych dążeniach do wielkości. Grywał w niejednym kasynie. Zapewne wygrywał i przegrywał ale ludzie wolą pamiętać co się komu podoba. Między jednym a drugim biznesem zdążył ożenić się, posypały się dzieci; najmłodszy syn, słabszy niż siostry chyba nie wrodził się w ojca i jak się wydaje, nie podąży w jego ślady. Upadek wieży Babel nastąpił z powodu pychy ludzkiej. Wznosząc budowlę, w zamiarze, aż "do nieba" panowie budowlańcy chcieli wówczas dorównać samemu Panu Bogu. Pomieszanie języków, którymi porozumiewali się spowodowało rozproszenie sił i środków a w rezultacie zniszczenie. Czy podobnie było z Krzysiem? Czego chciał, miał w zasiegu ręki. Chciał więcej i więcej bo chcieć to móc. Sprowadzał z kraju pracowników, uczyli w jego placówce a on zmieniał auta na coraz lepsze i droższe, średnio co rok. I stało się. Jedna z młodszych adeptek turystyki, po studiach na anglistyce, przybyła na jego zamówienie do pracy w szkole. Biznes łączony z emocjami wieku średniego u mężczyzny powoduje rozmaite perturbacje. Po rozwodzie z inicjatywy "narzeczonego" pracodawcy, pannica nie miała ochoty znać go dłużej.

 


Zawiedziony w uczuciach dobrodziej, zaskoczony niewdzięcznością postanowił wymierzyć sprawiedliwość dziewczynie. Zemsta, uczucie gorzkie, przewilejem ludzi nie jest. Podobno jest rozkoszą bogów (tych mitologicznych). Pomijam rolę boyfrienda dziewczyny, sprawę molestowania seksualnego i inne potyczki już w sądzie. Zdesperowany poniżeniem, podjął Krzyś niełatwe kroki aby przekonać pracownika stanowego urzędu do wydania decyzji deportacyjnej w stosunku do niewdzięcznicy. Jak sie wali, to na każdym zakręcie. Zamiast spokojnie wręczyć żądane $10 tys., nastąpiła wpadka. Połowę tej kwoty przejął funkcjonariusz odpowiedzialny za pracę operacyjną zmierzającą do przygotowania dowodów dla sądu. Trwało to pewien czas i w roku 2005 sąd okręgowy w Chicago wymierzył, jak pisała prasa "polsko amerykańskiemu biznesmanowi Krzysztofowi S." karę pozbawienia wolności, całe 4 lata! Nasz bohater nie wytrzymał kolejnej presji i opuścił Stany Zjednoczone. Z Krakowa poinformował urzędnika Stanu o swojej decyzji. W natłoku emocji wyraził niekorzystną opinię o amerykańskim wymiarze sprawiedliwości, czym zamiast polepszyć, sytuację osobistą pogorszył choć nierychliwie. Ładnych kilka lat trwało przygotowanie decyzji o wdrożeniu procedury deportacyjnej. Po wyczerpaniu drogi sądowej w Polsce, pan może Krzysztof wylądować w Stanach. Nie jest pewne czy miejscem jego pobytu będzie Chicago. Amerykanie wiedzą, że ma tutaj wielu przyjaciół i równie dużo zwolenników innego poglądu. Podobno w Polsce założył dobrze prosperującą firmę doradczą. Doradzał innym a sam... cóż, jak mówi przysłowie: "szewc bez butów chodzi". To typowe dla spolecznikowskich postaw. Wdrożenie procedury deportu może zakończyć się różnie. Odbywanie kary pozbawienia wolności w Polsce miewa dobre strony. Mało prawdopodobne jest jednak, że pan prezydent w Polsce skorzysta z prawa łaski. Bardziej pewny jest inny wariant. Ameryka natomiast nie wydaje swoich obywateli na pastwę obcych wymiarów. Nasz bohater ma podwójne obywatelstwo; teoretycznie jego pełnomocnik mógłby zwrócić się do amerykańskich władz o wstrzymanie deportacji. Po przylocie do Stanow, pan K. ma zostać oskarżony o lekcewazenie decyzji sadu, o samowolne oddalenie się, o obrazę władzy publicznej i o inne występki, w tym o niedopełnienie niektórych obowiązków względem rodziny (dzieci, chorego syna, żony); nie wyklucza się, że wyrok zwiększy delikwentowi pobyt na terenie tego kraju o kolejnych kilka lat, lat pozbawienia wolności, nie swawoli. Kto ma szczęście w biznesie, powinien dbać o zdrowe odżywianie aby móc posłużyć się zdrowym myśleniem, jak w instrukcji o użyciu mózgu, skąd pochodzi każda decyzja.

Barbara Marta Żmudka

Archiwum

1 2 3 4 5 6 7 8 9