Literacka rewolucja

W Nowym Jorku niezadowolenie osób uprawnionych zostało skanalizowane ruchem „Okupuj Wall Street”. W Chicago dzieje tej "kanalizacji" zataczają kręgi związane z kulturą, uwaga: z polonijną kultura! Przynajmniej tak ma się rzeczywostość po analizie listu literatów, piszących po polsku, na obczyznie. Niby nic a jednak. Wielkie rewoluje zwykle miewały za leaderów brać inteligencką, a co najmniej studencką. Aby nie sięgać daleko, spójrzmy na dzieje marca 1968 roku. Wystawienie sztuki teatralnej p.t. „Dziady” Adama Mickiewicza spowodowało zawieruchę, ktorej efekty do dziś zastanawiają tych, którzy przeżyli. List osób mieniących się literatami wśród Polonii w Chicago skierowany jest do wielu organizacji, do konsulatu polskiego w Chicago, do związków zrzeszających literatów w Warszawie i w Krakowie. Nie pominięto nawet placówki świętokrzyskiej oraz profesora Michała Markowskiego z UJ, aktualnie wykładowcy i kierownika kadedry na Uniwersytecie Chicagowskim. Autorzy listu dzielą świat na literatów lepszych i gorszych, uprawnionych i niewładnych używać tego określenia, na literatów działających na szkodę polskiej kultury i na tych, którzy w tę szkodę nie wchodzą, na grafomanów i orłow słowem na tych, którym Bozia dała talent i tych drugich, którym Opatrzność nie poskąpiła talentu organizacyjnego, dbałości o własne sprawy, wśród których jednym z celów nadrzędnych jest wystawianie piersi do odznaczeń! Nie byłoby w tym nic dziwnego.

 


Nie pierwszy raz rozpada się polonijna organizacja z powodu niezrozumienia idei przez jej członków, przerostu ambicji jednych, megalomanii drugich, o talentach do pomnażania finansów nie wspominając. Krytyczne uwagi o prowadzeniu literatów przez mękę edycji napływały już dawno z ośrodka chicagowskich O. Jezuitów Millenijnych (w odróznieniu od pozostałych, niekoniecznie zwolenników literatury polskiej) ośrodka ktory przygarnął nieszczęsnych literatów. O co chodzi? O zaniechanie działań na polu literatury czy o niejednoznacznie pojmowaną rolę leaderki tego ugrupowania? Jaka byłaby reakcja założyciela zakonu Jezuitów Sw. Ignacego Loyoli (Inigo Lopez de Recalde y Loyola, urodzonego rok przed odkryciem Ameryki przez K.Kolumba, zmarłego w 1556r.) autora „Cwiczeń Duchowych” gdyby dowiedział się o grafomańskich a więc nieprofesjonalnych spotkaniach tzw. literatów w nowej siedzibie ojców Jezuitów w Chicago? Czy aprobowałby milcząco? Czy może zakazał, po bliższym przyjrzeniu się tej działalności jako herezji? Herezji rozumianej jako brak wiedzy o literaturze, o zasadach poprawnej pisowni, o zgodnym z zasadami języka polskiego formułowaniu zdań... co wynika z zamieszczonego na poczytnym on-line, statucie tego zrzeszenia. Miejmy nadzieję, że po opanowaniu emocji, wielki założyciel Zakonu nie wydałby rozkazu wszczęcia postepowania inkwizycyzyjnego. Ludzie są zbyt słabi by oprzeć się pokusie. Grzeszą i cierpią. A potem pragną przebaczenia, niektórzy nawracają się. Dawno temu, ów organ pomocy zwano: Officium Szerzenia Wiary. Jego zadaniem było nawracanie pogan i heretyków. Miejmy nadzieję, że w Chicago nie dojdzie do rewolucyjnych ekscesów z powodu niezrozumienia idei literatów polskich działających w warunkach trudnych i niezdrowych!

Barbara Marta Żmudka

Archiwum

1 2 3 4 5 6 7 8 9