Demokracja z wąsami

W centrum Wietrznego Miasta łatwo zauważyć czasem dziwnych ludzi. Przybywają pokazać się, poczuć, że robią coś ważnego, wyjątkowego, poinformować o tym przechodniów, poprawić swoje nadwyrężone emigrancką mitręgą samopoczucie i tyle. W ostatnią niedzielę lutego stanęły naprzeciw siebie dwie grupy społeczników, wybrańców naszej polonijnej społeczności w aglomeracji chicagowskiej. Jedna, mniej liczna grupa to zwolennicy demokracji z wąsami jako znakiem rozpoznawczym dawnego przywódcy solidarnych prawdziwie. Druga grupa, liczniejsza i w założeniu przeciw pierwszej paradowała bez wąsów, za to z hasłami i chorągwiami na rzecz demokracji podawanej inaczej niż grupa pierwsza. Amerykanie obserwujący to wydarzenie swoją sympatię kierowali do wąsatych; wiadomo, Lechu, ten, który obalił komunę nosił wasy! Komu z Amerykanów wąsy nie kojarzyły się z polską demokracją bił brawo odnosząc bałagan nad górną wargą demonstrantów płci obojga do poparcia ruchu lgbt. Intencje obu grup były w zasadzie tożsame, za demokracją, tyle, że prezentowaną w sposób chybiony dla jednych, atrakcyjny u drugich. Ten przykład po raz kolejny ukazuje nasz polonijny dylemat. Jeśli pojawi się charyzmatyczny przywódca, który zachęci do działania sytą acz spragnioną niebanalnej rozrywki społeczność, to co? To nic! Bo ten przywódca, czy po tutejszemu leaderka, naganiaczka, popularyzator oprócz iskry zamnieszania nie ma w zwyczaju dokończyć żadnej akcji. Ona promuje, zachęca a gdzie dobry przykład? Cała skomplikowana reszta i odpowiedzialność, to już nie jej broszka. A czyja? Może pani premier Beaty, albo pana prezesa a może tutejszych działaczy? Także i w tej branży nie ma próżni. Brak odwagi dowódcy wypełni ktoś inny. Zawsze znajdzie się ktoś z białym napisem "Polska" na czerwonym tle, zaintonuje różne hasła a zebrani sobie pokrzyczą. Mówią specjaliści, że takich mamy leaderów na jakich zasłużyliśmy. Zatem jakich? Demokratycznie wybranych? Kompetentnych? W pewnym sensie. Tylko żaden z nich szczególnie pani leaderka nie potrafi zwieńczyć poczętego w trudzie dzieła. Co z tego, że ludzie zgromadzą się, że ustawią się "przeciw", a czasem nawet "za" interesująco zaprojektowaną sprawą, gdy po zebraniu rozjadą się do domów aby poczekać na następną okazję do udziału w gremialnym "biciu piany". Tyle nauki na nic. Ponad ćwierć wieku po transformacji a my tu w błogim ukołysaniu jak u pana Boga za piecem. Demonstrację opłacimy, przyjedziemy, pokrzyczymy bo nam wolno aby demokracja miała się dobrze. Od czasu do czasu w downtown paradujemy na paradzie albo wiecujemy na wiecu. Niech amerykańscy koledzy z sąsiedztwa czy z pracy nie powiedzą, że nie wiemy jak pięknie rozwija się kolejna zapchana arteria w sercu Wietrznego Miasta. W downtown łatwo zauważyć dziwnych ludzi. Dlatego nie powinno nas dziwić, że tak trudno spełnić nasze oczekiwania w różnych sprawach, jak naprzykład: zniesienie wiz wjazdowych, dojście istoty tragedii sprzed 6 laty czy uzyskanie odpowiedniej pomocy w zachowaniu bezpieczeństwa. Amerykanie cenią koloryt, podoba im się demokracja z wąsami. Każdy może je nosić.

Barbara Marta Żmudka

Archiwum

1 2 3 4 5 6 7 8 9