Dylematy wyborców

Czynne prawo wyborcze w realiach polskich polega na oddaniu głosu na wybranego do sejmu czy senatu kandydata w wyborach powszechnych, równych, proporcjonalnych, bezpośrednich i tajnych, a do senatu w wyborach powszechnych, bezpośrednich i tajnych. Każdy świadomy swego prawa wyborca, który zarejestrował się, a więc potwierdził, że przystępuje do wyborów, może 24 października wrzucić do urny głos na jedną partię, jednemu kandydatowi do sejmu, jednemu do senatu. Nie jest prawdą, że w kratce przy nazwisku kandydata stawia się krzyżyk. Nie! To nie krzyż lecz znak "X" oznacza, że wybór jest prawidłowy. Tym razem w akcji wyborczej na terenie aglomeracji chicagowskiej przybyło nam więcej komisji niż podczas niedawnych wyborów prezydenckich. Głosować jednak może ten tylko, kto dysponuje ważnym paszportem polskim i aktualną rejestracją. Tymczasem w Chicago dało się słyszeć opinie, że wystarczyła rejestracja majowa! Te i podobnie absurdalne opinie słychać z kręgu osób, które przez co najmniej kilkanaście lat nie odnawiały polskiego paszportu. W takim przypadku trzeba wszcząć postępowanie o potwierdzenie polskiego obywatelstwa aby dostać paszport, ważny przez najbliższe 10 lat. Obowiązują opłaty, jak przy każdej czynności urzędowej. Jeśli już udało się pokonać te wstępne przeszkody, można rozejrzeć się za kandydatem. Wybór jednej partii, spośród wielu i jednego kandydata, to jak wybór jednego króla. Komu marzy się monarchia, łatwo może spełnić swoje marzenia. Kto kocha demokrację, pewnie będzie mniej zachwycony. Tym bardziej, że osoby mieszkające za granicą Rzeczypospolitej, mogą oddać głos jedynie na tzw. listę warszawską. Wiadomo, stolica to zbiór autorytetów i zaszczyt. Jednak w Chicago, największym podobno skupisku rodaków poza stolicą, żyją ci, którym śni się niewielka osada, rzeczka, kilka łanów lub łąka, pagórek, las, polna ścieżka, albo bliżej Nieba to, co na halach, gronickach, smrekach i urwiskach, hej. Od jakiegoś czasu rodakom za granicą podpowiadają, że powinni mieć przedstawiciela w parlamencie. Jeśli marzenia spełniają się, to dlaczego wyłącznie Polonusom z Chicago? Tylko oni mają być uprzywilejowani, a co z Polonusami z Kanady, z Ameryki Południowej, z Australii, Nowej Zelandii, z każdego innego kontynentu o Europie nie wspominając? Do czego prowadą te wątpliwości? Jeśli do zmiany ustawy zasadniczej, konstytucji to marzenia nie wystarczą. W latach 90. ub. wieku zwykła ustawa kosztowała 17 mln zł. Teraz nie chodzi o tę słynną z zapisem "i czasopisma". Uwzględniając upływ czasu, wymogi konstytucji, wieloaspektowość prac nad projektem, trudno podać o jaką kwotę chodzi, kto miałby ją wyłożyć i na jakich warunkach. Jeżeli wyborcy zawiodą, a potrzeba nagli, to pozostanie metafizyka; na tym najlepszym ze światów pewnym trafem przekonujemy się, że istnieje coś poza dialektyką. 

Barbara Marta Żmudka

Archiwum

1 2 3 4 5 6 7 8 9