Dan Rostenkowski

Dan Rostenkowski, Rosty - wielki amerykanski polityk polskiego pochodzenia. Ponad 30 lat piastowal stanowisko niepodobne w zakresie ilosci kompetencji do zadnego wczesniej ani pozniej. Wystawiony na pierwszy plan wiedzial wiecej, chcial i robil swoje. Mial znakomita wiedze o sposobach i srodkach zonglowania finansami najwiekszego mocarstwa swiata. Wraz z Jego odejsciem z polityki, a stalo sie to w 1995 roku rozpoczal sie, jak twierdza demokraci, upadek etyki biznesu, a takze, co stalo sie faktem az 8 lat rzadow, skrzetnie korzystajacych z jego odejscia republikanow. Wielki umysl, wielki Polak, niezaprzeczalnie swietlana postac wsrod Amerykanow. Niechlubne wydarzenia z uzasadnieniem manipulacji znaczkami pocztowymi, to ciag zakulisowych akcji przeciwnika. Aby wprowadzic wlasne rozwiazania trzeba bylo uporac sie z Rostym. Rosty, tak wolali przyjaciele do Dana Rostenkowskiego w Washingtonie, w Chicago, w Wisconsin. Imponowal wiedza, poczuciem humoru, operatywnoscia. Zadziwial przywiazaniem do tradycji pewnego malego europejskiego kraju, checia pomocy rodakom, bezceremonialnoscia w kontaktach z kazdym, dla ktorego znajdowal czas. Rodacy w Wietrznym Miescie, szczegolnie starszego pokolenia, wspominaja Rosty'ego, jak najlepszego przyjaciela, zyczliwego sasiada, kogos, kto w amerykanskiej rzeczywistosci dostrzegal potrzebe pomocy innym i bez dwoch zdan zalatwial jak trzeba, bo chcial i mogl, czego nie zapominaja szczesliwcy tamtych lat. Dzieki temu mogli wystapic o pobyt dla swoich bliskich, rozwinac biznesy, wspierac rodziny w kraju. Zyczliwosci Rosty'ego dla Polonii w Wietrznym Miescie nie da sie policzyc ani porownac bo nikt z Amerykanow polskiego pochodzenia nie sprawowal swojej funkcji w Bialym Domu tak owocnie i tak dlugo. Kiedy odszedl, a stalo sie to 11 sierpnia br. rodzina nie zyczyla sobie kwiatow, tylko datku na rzecz fundacji schorzenia nerek. Rodacy tlumnie stawili sie zarowno na pozegnanie jak i podczas ostatniej drogi na cmentarz, do Niles. Niestety, to nie prawda. W pierwszym dniu przybylo najwyzej 10 osob polskiego pochodzenia. Podczas ostatniego pozegnania bylo moze 30 osob. Natomiast wsrod Amerykanow wielkie poruszenie, mimo wakacji stawili sie miejscowi politycy z burmistrzem Daley na czele, wielu politykow przybylo z Washingtonu, byli takze przedstawiciele Stanu, byl pan konsul generalny RP(bez kwiatow). Z niejakim trudem, udalo sie dostrzec cztery osoby w goralskich strojach, przedstawiciela White Eagle oraz duchownych, po jednym z kosciola Sw. Trojcy i Sw.Jacka. Amerykanscy przyjaciele pytali kogo moga poprosic do rozmowy przed mikrofonem, kamera bo spodziewali sie przedstawicieli polonijnych organizacji, szkol, zwiazkow. Nic z tego. Polonia jest zajeta poszukiwaniem pracy, sprawami emigracyjnymi, sprzedaza lub kupnem nieruchomosci. Mlodzi nie wiedza jak i gdzie odbywa sie ostatnie pozegnanie a dorosli cierpia z braku czasu. Co innego ostatnie pozegnanie w stylu starozytnych Egipcjan, ktorzy z okazji odejscia bliskich, biesiadowali dzien i noc, cieszac sie brakiem cierpien osoby, ktora odeszla i ucztowali, proszac Najwyzszego o godne przyjecie na kolejnym ze swiatow juz bez problemow finansowych, pocztowych oraz zdrowotnych, slowem osobistych. Dobrze, ze zachowaly sie jakies freski, naczynia, zapisy uroczystosci z tamtych wiekow. Z naszych, nawet jesli zachowa sie CD lub inne nagrania np: na youtube, to nie bedzie mozna odtworzyc z braku kodow wejsciowych. A moze to i lepiej.

Barbara Marta Żmudka

Archiwum

1 2 3 4 5 6 7 8 9