Uszpolewicz, Ewa

18 Lipca 2016

Dziennikarka telewizyjna, radiowa i - niestety, znacznie rzadziej - prasowa. Potrafi nie tylko mówić, ale i pisać. W tym - artykuły i scenariusze. Co się nieczęsto wśród - zwłaszcza polonijnej - braci dziennikarskiej zdarza. A jak już pisze, to poprawną polszczyzną. Kolejny szok! Jeszcze z Polski przywiozła solidne doświadczenie branżowe i wieloletnią praktykę. Nie jest to więc sobotnia „redachtorka”, która do zawodu awansowała z „domku”, a kiepskie umiejętności ma odwrotnie proporcjonalne do mniemania o sobie. Nie boi się najmocniejszych tematów. Może zrobić wywiad zarówno z czarnym, ulicznym gangsterem o mowie przestępczych tatuaży, jak i ze świątobliwą zakonnicą o urokach życia klasztornego czy nawet wiecznego. I - co dziś jest rzadkością w środowisku dziennikarskim - ma w odniesieniu do swych tematów własne, mocne zdanie. I potrafi go zawzięcie bronić. Uparta, jak amerykański Urząd Skarbowy. Nie da się zbyć byle czym. I gdy jest przekonana, że ma rację, potrafi wziąć za krawat nawet najmocnego faceta. Przy bliższym poznaniu okazuje się jednak, że nie gryzie. Wręcz przeciwnie - pokazuje „babską”, łagodniejszą stronę swej osobowości. Co absolutnie jednak nie oznacza, że Ewę można zbyć okrąglasem o miłości bliźniego czy o ładnych nóżkach damskich. Nie kupi... Rasowa reporterka. Zawsze doskonale przygotowuje się do tematu. I w niczym nie przypomina rozszczebiotanych blondynek dziennikarstwa, które słowotokiem pokrywają każdy temat, nie mając o nim najmniejszego pojęcia. No dobra - pokadziliśmy Ewie, jak Unia Europejska polskiemu Trybunałowi Konstytucyjnemu. A co z wadami i wpadkami? W zasadzie trudno cokolwiek na red. Uszpolewicz znaleźć. Spróbujmy jednak nieco pogrzebać, jak nie przymierzając Instytut Pamięci Narodowej w życiorysie Lecha Wałęsy... Podobnie, jak upór jest mocną stroną Ewy, to równocześnie bywa także dla niej obciążeniem, w zawodowych sytuacjach. Z red. Uszpolewicz miałem okazję (i przywilej) się ściąć. I bywały chwile, gdy  - w obliczu braku postępu w wyjaśnianiu mego punktu widzenia - kilka razy sięgałem już po broń palną. Ewa jednak tak zawzięcie gestykulowała, że nie mogłem dokładniej przymierzyć ze swego „guna”. Poza tym powstrzymywała mnie myśl, że na takiego adwersarza potrzebny jest znacznie większy kaliber. A ja miałem jedynie dwudziestkę dwójkę, dwa granaty, paralizator i nóż (do otwierania konserw). Na red. Uszpolewicz stanowczo za mało. Skoro o jej wadach mowa... Czasem Ewa również i uczuciowo angażuje się „w temat”. A wtedy, z reporterki zamienia się w Matkę Teresę. W sumie jednak lepsze to chyba, niż miałaby pozostać „bitchowatą” Orianą Fallaci. Ewa „ma nosa” do dobrych tematów. I nie boi się kontrowersji. W dodatku, mimo wielu lat doświadczenia, nadal przeżywa to, co robi. Nie zdążyła (i chyba nigdy już nie zdąży) zamienić się w rutyniarę. Do każdego tematu podchodzi z entuzjazmem nowicjusza, jakby za chwilę miała dostać nagrodę dziennikarską Pulitzera. W środowisku polonijnym nie może jednak rozwinąć skrzydeł. Potrzebowałaby dobrej ekipy realizatorskiej, z operatorem kamery i miesiącem na zrobienie materiałów. Wtedy rzuciłaby w stacji na stół kilka rewelacyjnych programów. Szkoda, że polonijne realia na to nie pozwalają... Kiedyś, razem z Ewą brałem udział w warsztatach dziennikarskich dla młodzieży polonijnej, zorganizowanych „u ojców Jezuitów” w Chicago. W charakterze - proszę o zachowanie powagi - wykładowcy, czy też raczej instruktora ds. reporterskich. I cichcem, nielojalnie pytałem po zajęciach naszych „studentów”, co myślą o prof. Uszpolewicz. Ze stuprocentowo pozytywnych odpowiedzi jedna spodobała mi się najbardziej. - Man! - odpowiedział mi jeden z chłopaków. - Ona mi przypomina Kryśkę Jandę w „Człowieku z marmuru”. Rzeczywiście - podobieństwo jest. Nie tylko zewnętrzne...

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

 

Ewa 11.08.2016 16:46:34
Jak dobrze, że duch poczucia humoru w narodzie nie ginie i ciągle ma się dobrze????
Powrót