Latałło, Piotr

28 Czerwca 2016

Dziennikarz, producent  telewizyjny i filmowy oraz posiadacz autentycznego, wojskowego jeepa. Wbrew nazwisku - niezwykle solidny i stały. Zwłaszcza, że szybko ganiać w terenie z ciężką kamerą na plerach raczej się po przekroczeniu wieku chrystusowego nie da. Sądząc po nazwisku, red. Latałło pochodzi ze starej szlachty litewskiej. I to - jak mówią wtajemniczeni - podobno z linii rodowej samego Władysława Jagiełły. Pod Grunwaldem wprawdzie nie walczył, ale za to pod Jackowem - jak najbardziej. I to wielokrotnie. Oraz z podobnym, zwycięskim skutkiem. Na telewizji polonijnej wprawdzie zjadł już zęby, ale jeszcze potrafi ukąsić ciekawym programem czy serialem. Przez lata, jako reprezentant TV Polsat realizował i nadawał cykliczny program „Oblicza Ameryki”, ukazujący Stany okiem głównie chicagowskiej kamery. A tematów przerobił kilo. A to polonijna zwycięzczyni tytułu... Miss Indianka, a to lekcje tanga w śródmieściu, facet budujący samolot na podwórku własnego domu czy zjazd motocyklistów spod znaku polskich orłów. Potem jednak red. Latałło przerzucił się na poważniejsze formy. I ostatnio kończy właśnie dla Polsatu cały fabularyzowany serial z elementami reality show, pt. „Ameryka marzeń”. W każdym godzinnym odcinku pokazany jest kawał polonijnego życia. A to mamy faceta, który przyjechał z Polski już z „zieloną kartą” i tylko dlatego cieszy się powodzeniem u podstępnej i znacznie młodszej partnerki, liczącej na legalizację pobytu (skąd my to znamy?), a to historię małżeńskiej albo biznesowej zdrady czy też nasz własny kryminałek. Słowem - samo życie, z elementami nie tylko basementu,  ale także down-town, włącznie z kawałkiem jeziora czy najwyższego budynku. W sumie - koktajl polsko-amerykański, gwarantujący niezwykłą  popularność nad Wisłą. A i z pewnością do pokazania w Stanach. Red. Latałło ma z pracą urwanie przysłowiowego obiektywu. Oprócz tzw. telewizyjnej bieżączki musi też bowiem prowadzić nabór aktorów miejscowych. A zdarzają się najróżniejsi. Od policjanta, poprzez magika estradowego, początkującą modelkę i aktorkę, dziennikarza radiowego i działacza polonijnego, a na prawniku czy lekarce kończąc. I każdy z nich, rzecz jasna, tylko dziwnym zrządzeniem losu nie dostał jeszcze „oscara”, albo co najmniej „fryderyka”, ale to wkrótce z nawiązką nadrobi. Piotr osobiście szuka też ciekawych historii, które pisze samo życie, pod dyktando rodaków. I zawsze otwarty jest na nowe pomysły. Już kiedyś zaoferowałem mu nawet scenariusz, ale jakoś nie skorzystał. Ośmielę się więc powtórzyć, za działkę po wykorzystaniu. Historia jest mrożąca krew w żyłach i konta w bankach. Skromna Ania spod Tarnowa przylatuje na saksy do Chicago. I tu dostaje pracę „na domku” u multimiliardera, zaniedbywanego przez żonę (wredną Żydówę, rzecz jasna). Ciężką pracą, uczciwością, tradycyjną polską skromnością i oddaniem, dziewczyna stopniowo zdobywa serce (i portfel) swego pracodawcy. Tu jednak do akcji wkracza zazdrosna (głównie o kasę) żona. Napuszcza na młodą Polkę funkcjonariuszy „immigration”, żeby deportowali „nielegalną”, która podczas sprzątania rzekomo ukradła jędzy drogą kolię z brylantami. Ale wśród bezwzględnych siepaczy urzędu imigracyjnego znajduje się, na szczęście, John - syn polskich imigrantów. Z ojczyzną wprawdzie już wiele wspólnego sam nie ma, ale propolski sentyment pozostał. Poza tym chłopaka ujęła tragedia dziewczyny, niesłusznie oskarżonej, w co John-Janek zaczyna mocno wierzyć. By ją ocalić przed wydaleniem z kraju, proponuje małżeństwo. Ania, ze łzami w oczach i mrowieniem w niższych partiach ciała przyjmuje ofertę. I wychodzi z więzienia imigracyjnego. Oboje jadą do multimiliardera, by mu podziękować za finansowe wsparcie akcji. Wpadają do posiadłości w Lake Forest w samą porę, bo jędzowata żona już zabrała się do wykańczania swego męża, który - dowiadując się o prowokacji swej ślubnej - postanawia wydziedziczyć podłą małżonkę. John-Janek wchodzi z Anią do domu multimiliardera akurat w chwili, gdy ten dokańcza rozwodowego drinka, przyrządzonego przez podstępną małżonkę, z tak dużą dawką cyjanku, że aż szklanka zaczyna się roztapiać. Ostrzeżony przez młodych, przedostatnim ruchem ręki, bogacz skreśla żonę z testamentu, wpisując tam Anię. A ostatnim ruchem sięga po nieodłącznego colta i kładzie jędzę trupem. Cały majątek przechodzi więc w ręce Ani i Janka, którzy z wdzięczności zakładają fundację bezinteresownej pomocy „nielegalnym”. Żyją długo i szczęśliwie, a swym licznym dzieciom zamawiają anteny satelitarne do oglądania Polsatu, gdzie w jednym z odcinków serialu „Ameryka marzeń” można oglądnąć wzruszającą historię ich rodziców. Dobre, nie? Wprawdzie scenariusz ten znacznie odbiega od skomplikowanych zwykle historii bohaterów tego serialu, ale przecież darowanej historii nie wypada zaglądać pod przecinek. Trzeba tu jednak obiektywnie przyznać, że Piotr ma bardzo dużo, o to o wiele lepszych historii. Zbiera je namiętnie z otoczenia, mediów, opowieści. Zdecydowaną nieprawdą są jednak posądzenia, że - w poszukiwaniu dramatycznych scen - sam aranżuje podobne sytuacje, np. namawiając innych do pochopnych rozwodów, podsuwając głowom rodziny obiekty zdrady małżeńskiej, czy próbując poróżnić partnerów biznesowych, w imieniu jednego wspólnika, otwarcie donosząc na drugiego do urzędu podatkowego. I bez podpuch naszego reżysera oraz producenta, życie samo pisze prawdziwe dramaty. Nieprędko więc red. Latale zabraknie tematów i werwy. A także polonijnych aktorów. Ale gdyby nawet - odpukać - tak się stało, to Piotr sobie poradzi, bo ma inny, konkretny fach w rękach. Jeździ bowiem wojskowym, autentycznym jeepem, do którego czasem na pikniki doczepia kuchnię polową. Dla samego efektu. Gdyby jednak życie docisnęło, to z kuchni tej można serwować piknikowiczom skromny, żołnierski poczęstunek, w postaci np. grochówki gęstej, jak scenariusze „Ameryki marzeń”. NATO się od tego nie zawali, a jakieś drobne zawsze można na boku przytłuc... 

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót