Babinicz, Andrzej

30 Maja 2016

Andrzej Babinicz, ekspert samochodowy, dealer (też samochodowy), dziennikarz (samochodowy, a jakże!). Stare, polskie nazwisko. Niektórzy zastanawiają się, czy jest krewnym samego Andrzeja Babinicza z powieści „Potop” Henryka Sienkiewicza. Tego samego Babinicza-patrioty, który wcześniej, jako Andrzej Kmicic, raczej do wzorów obywatelskich i patriotycznych nie należał. Inni nie szukają podobieństw aż tak daleko. I twierdzą, że nazwisko bohatera naszego alfabetu wzięło się od... popularności wśród dam. Jakby nie było, każda wersja jest zaszczytna... Tak czy inaczej, trzeba Andrzejowi oddać, że siedząc od 1979 w Stanach nie ugiął się pod presją Jankesów. I - w przeciwieństwie do wielu rodaków - nie zamerykanizował swego nazwiska. Np. na Andy Lady, co brzmiałoby - przyznajmy - cool. Andrzej to politechnik. I to warszawski. Ale żadnej pracy się nie boi. W USA robił m.in. w warsztacie samochodowym. Auta zna więc nie tylko z katalogów na Chicago Auto Show i z filmowych kreskówek. Dzięki temu, że jest ekspertem, doradza w realu i na antenie radiowej. I przez to ma posłuch w narodzie... Red. Babinicz bywa często proszony o sprawdzenie samochodu na rzecz potencjalnego kupca. Który - nic dziwnego - miewa czasem podejrzenia, czy bryka, do której się przymierza, pochodzi z pewnego źródła i jest tym modelem, o jakim zapewniał sprzedający. A że bywa z tym różnie, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Zdarza się przecież, że Honda Civic, którą kupujemy, w Chicago jest wypadkową różnych wozów, skradzionych w: Ohio, Nowym Jorku, Wisconsin czy Waszyngtonie. Jeden z zaprzyjaźnionych dziennikarzy polonijnych, lata temu kupił rzecz jasna po znajomości i okazyjnie Volvo u znanego dealera polonijnego w New Jersey. Przyjechał bryką do Chicago. Przy próbie rejestracji w Illinois, nowego właściciela wezwano na rozmowę.

 - No to jak: płaci pan za cztery auta czy za jedno? - zapytał, dysponujący poczuciem humoru, pracownik biura sekretarza stanu.

 - Jakie cztery? - zdziwił się nowy właściciel. - Kupiłem tylko jedno auto. 

 - No bo to jest składak z czterech różnych wozów. Pewnie wszystkie kradzione. Sprawdzamy... Ale nawet, gdyby nie były, to i tak nie wolno nam zarejestrować. To tak, jakby dopuszczać do eksploatacji samolot, pospawany z kilku maszyn. Zero szans!

 Nasz polonijny dziennikarz stracił zarekwirowaną brykę i od polonijnego dealera nie był już w stanie wyegzekwować żadnych pieniędzy. Dlatego czasem warto sięgnąć po usługę motoryzacyjnego eksperta. Sprawdzi stan silnika, indywidualne numery identyfikacyjne VIN, legalność wozu i jego parametry użytkowe. Tak, żeby nam nikt nie wcisnął Hondę zamiast „merca” albo nie ożenił „nówki”, która nową ma jedynie jedną wycieraczkę. Widzi „nielegalny” spaw, „poprawiane” numery rejestracyjne silnika czy fotele, importowane z innego modelu. Andrzej Babinicz tym się jeszcze różni od innych motoryzacyjnych fachowców, że jest wszechstronny. Np. do 1981 walczył w barwach Fiata, a gdy włoski koncern nie  przyjął się w Ameryce i wyszedł z biznesu, red. Babinicz przerzucił się na Chryslera. Może więc śmiało prównywać Europę z Ameryką w zakresie czterech kółek. Ale Andrzej pomaga nie tylko przy kupnie samochodu. Zajmuje się też wysyłką bryk do Polski. I wiedzie mu się nie najgorzej, mimo że nie jest na listach gończych Interpolu czy innego FBI. I nigdy też, w wysyłanym przez niego samochodzie, nie znaleziono w bagażniku: 25 kg heroiny; trupa; planów Pentagonu (niepotrzebne skreślić). Co nie każdy międzynarodowy dealer samochodowy może o sobie powiedzieć. Andrzej ma na koncie nie tylko setki zadowolonych klientów i radiosłuchaczy, ale i... książkę. „Samochód w Ameryce” to przydatny dla rodaków poradnik - nie, nie o tym, jak rąbnąć Jeepa tylko przy użyciu metalowego wieszaka na ubrania (bywali i tacy mistrzowie i takie ksiązki) lub wyłudzić odszkodowanie za rzekomo skradzioną na „sałtsajd” brykę. Znajdziemy tam za to praktyczne porady, niezwykle przydatne niezależnie od tego, czy mamy stuletniego volkswagena czy też roczną „beemkę” albo dwudniowego „buicka”. Słowem - bez Andrzeja Babinicza, w dziedzinie motoryzacyjnej w Illinois ani rusz. Praw jazdy jeszcze wprawdzie sam nie wydaje, ale to chyba tylko kwestia czasu. Najważniejsze, że dzięki niemu, mamy w Stanach bardzo wielu szczęśliwych - z wyboru czterech kółek - kierowców. I to bez dopalaczy, gorzały czy „twardych” środków umilania sobie życia. 

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót