Migała, Lucyna

22 Maja 2016

Dusza, serce, mózg, struny głosowe i... nogi ludowego zespołu tanecznego „Lira Ensamble”, wspieranego własną grupą muzyczną oraz wokalną. Pan Lucyna pochodzi z TYCH Migałów. A więc z rodziny niezwykle zasłużonych dla Polonii, chicagowskich działaczy, radiowców, społeczników. Nawet najstarsi Polonusi nie pamiętają już, ile  „Lira” ma właściwie lat. Przesadzone są jednak wieści, że występowali jeszcze na prezydenckiej inauguracji Abrahama Lincolna. Ale pięćdziesiątka już w zeszłym roku stuknęła. „Lira” to jedyny, w pełni profesjonalny, polski zespół folklorystyczny poza granicami RP. Doroczna gala bożonarodzeniowa tej grupy to wydarzenie, daleko wykraczające poza środowisko polonijne. I przeciętni, amerykańscy zjadacze „stejków” mają okazję zobaczyć, że Polacy mieli już zaawansowany folklor w czasach, gdy pra-Amerykanie stawiali pierwsze kroki w „square dance”, przy kowbojskich ogniskach w Montanie. Stąd zachwyt naszymi polonezami, kujawiakami, mazurami. Zwłaszcza w najlepszej choreografii i pod autentyczną muzykę i śpiew z epoki. Chwilę jednak trwało, zanim „Lira” przebiła się głębiej do polonijnej świadomości. Niektórzy Polonusi, zwłaszcza z „wakacyjnej” fali zarobkowej, na początku mylili „Lirę” z... „Lutnią”. Niby też instrument muzyczny, ale w tym drugim przypadku chodzi o znaną restaurację polonijną przy Belmont Ave. Na której to ulicy, jak już rodacy tańczą, to raczej „pełzanego” albo „czołganego”, po wyczerpującym, weekendowym dancingu. Inni zaś kojarzyli „Lirę” z... „Lurą”, nieistniejącą już kawiarenką i klubem „Cafe Lura”, przy Milwaukee Ave, na Jackowie. A całkiem współcześnie, „Lirę” młodzi mylą z Liroyem. A więc popularnym obecnie polskim raperem oraz posłem na Sejm. Jakby jednak nie wywijać nazwą i jej odmianami, „Lira” jest tylko jedna i niepowtarzalna. I dobrze zorientowanym będzie się kojarzyć z prawdziwą, europejską sztuką ludową.  A początki nie były łatwe. W 1965 zespół zainicjowało 12 polskich nastolatków w wieku 14-19 lat. A w 1985 zespół przeszedł na zawodowstwo. I od tego czasu trzyma się konsekwentnie profesjonalnych standardów. Do zespołu muzycznego przyjmowani są absolwenci uniwersytetów muzycznych w RP lub USA. Podobnie z wokalistami. A do grupy tanecznej można się dostać wprawdzie bez dyplomu, ale przyjmowani są tylko ci, którzy z polskim tańcem mają do czynienia już od... 7. roku życia. Co niektórym nie przeszkadza marzyć o karierze „lirycznej”. A pani Lucyna jest często pytana, czy nie powstanie „Lira” dla amatorskich rodaków, bez specjalnego doświadczenia artystycznego. Lata, lata temu, byłem na jednym z audytów, gdzie przy Belmont i Long dokonywano naboru młodzieży do zespołu. Zjawiło się mnóstwo młodych ludzi, w asyście nieco bardziej wiekowych rodziców i opiekunów. Nie licząc zwykłego w takich sytuacjach grona „kibiców”. Jeden z nich siedział akurat obok mnie. A że znaliśmy się jeszcze z jakiejś prasowej akcji i był w stanie lekko wskazującym, odważnie zagadał bezpośrednio do mnie.

- Panie Andrzeju - powiedział - czy nie dałoby się mnie jakoś wkręcić do tego zespołu?

- No nie wiem - odpowiedziałem. - A jakieś doświadczenie ma pan, panie Heńku?

- Jak nie mam, jak mam! - obruszył się.

- Mianowicie?

- Długo by mówić.

- Mamy czas, jest przerwa w sprawdzianach...

- No więc jeszcze w podstawówce grałem w teatrzyku szkolnym. Występowałem jako jabłko, które ma wpaść do kompotu...

- Trudna rola...

- A żebyś pan wiedział! I jakie brawa zebrałem...

- No, ale to trochę mało...

- Jest znacznie więcej! Na studiach mieliśmy na przykład lekcje tańca. Na wuefie. I tam, panie, to strojów ludowych nawet nie było.   W gatkach i koszulce człowiek tańczył. Na bosaka! Jak polkę raz wywinąłem na sali gimnastycznej z koleżanką z roku - Ewą, to       wszyscy brawo bili. Zaliczyłem na pięć!

- Nieźle. Ale boję się, że to nadal trochę za mało...

- Mało?! Musiałby mnie pan na jakiejś imprezie zobaczyć. Na każdy weselu to ludzie tylko na mnie i moją patrzą, tak nam idzie.

- No ale wy pewnie tańczycie tak nowocześnie, a tu trzeba tradycyjnie - mazura, poloneza...

- Panie, ja takiego poloneza to bym z nogą w kieszeni odstawił. Patrz pan! - i tu pan Heniek wstał z krzesła i ruszył w tany,             wzbudzając zainteresowanie zebranych.

- Najpierw trzeba ugiąć lewą nogę, o tak, a potem prawą. I znowu lewą. Mocno przy tym do przodu.  I w takim mocniejszym   przysiadzie. A najlepiej to trzeba liczyć, żeby się nie popierzyło. Raz, dwa, trzy i zgięcie kolana. O tak: raz, dwa, trzy. I raz, dwa, t....

W tym momencie się panu Heńkowi nieco omsknęło. I jednocześnie zgięły mu się obie nogi. I to w mocnym wykroku i bardzo niskim przysiadzie. Znacznie niższym, niż w tradycyjnym polonezie. Nie wywalił się wprawdzie, ale zrobił przesadnie głęboki przysiad  w rozkroku. Na tyle duży, że puściły mu z trzaskiem szwy spodni, w kroku. I tak, obiecująca kariera zakończyła się szybkim, awaryjnym opuszczeniem lokalu. W akompaniamencie nie poloneza, a śmiechu zebranych, którzy podziwiali parkietowe wyczyny rodaka. Ja zaś nie miałem okazji wstawić się u pani Lucyny za utalentowanym i ambitnym rodakiem. Trzeba jednak przyznać, że pani Lucyna ma znacznie bardziej zdolnych i wyszkolonych tancerzy, niż pan Heniek. Nic więc dziwnego, że na koncertach „Lira Ensamble” drzazgi lecą z parkietu, a kapela rżnie od ucha. Nie bez powodu ekipa pani Lucyny jest nazywana polonijnym Mazowszem. Tajemnicą sukcesu są: znakomita choreografia, duża dyscyplina i intensywne próby. A że nie należą do łatwych świadczy choćby fakt, że sam pełny strój szlachecki do mazura waży niemal tyle, co zbroja husarska. W dodatku trzeba uważać na szablę, którą można nie tylko porysować podłogę, ale i nabić guza sobie oraz otoczeniu. Pani Lucyna należy do tych nielicznych Polonusów, którzy nie mają żadnych kompleksów polskości. I doskonale czują się w obu środowiskach - polonijnym i amerykańskim. Wychodzi z założenia, że życie w nowym kraju absolutnie nie oznacza rezygnacji z poprzednich tradycji, zwyczajów, zachowań. A zwłaszcza z języka.  I choć nie trzeba mówić płynnie po polsku czy znać pocztu królów polskich, by udzielać się w „Lirze”, to jednak polski duch tam z pewnością obowiązuje. Zresztą, co tu dużo gadać. Najlepiej samemu wybrać się na koncert „Lira Ensamble”. Obiecujemy, że po występie, sami w domowym zaciszu zaczniecie próbować kroki do mazura lub „przysiady” do poloneza. I to na pewno ze znacznie lepszym skutkiem, niż wspomniany wcześniej pan Heniek. Z drugiej strony, mimo że do zespołu ostatecznie nie trafił, to jednak pokazał polskiego ducha. I to za niewielką cenę. No bo co znaczy para podartych spodni w sytuacji, gdy trzeba całej Ameryce pokazać, że Polacy, w dziedzinie folkloru, nikomu spod ogona nie wypadli...

FOT. POLISH NEWS

Dodaj komentarz

Powrót