Piotrowski, Andrzej

16 Maja 2016

Kapitan, wilk morski, mimo że nie ma brody, fajki i żalaznego haka zamiast ręki. Pochodzi z tych prawdziwych wilków, a nie pływających po Zalewie Zegrzyńskim, w zalewie alkoholowej. Ale mimo, że morski drapieżnik i twardy człowiek morza, nie gryzie. Zwłaszcza przy bliższym poznaniu. Niepoprawny propagator żeglarstwa. Sam już pewnie nie pamięta, ile oceanów pokonał. Ile razy i w jakich konfiguracjach. Jak twierdzą specjaliści, kapitan Piotrowski nie zaliczył chyba jedynie rejsu przez Atlantyk na rowerze wodnym, a przez Pacyfik - na desce windsurfingowej. Ale wszystko jeszcze przed nim. Doskonale znany po obu stronach oceanu. Założyciel słynnej Republiki Karaibskiej. Na razie nie jest to jeszcze państwo, ale żeglarskie bractwo, który wybiera się czasem na podbój Karaibów, w ramach rejsów rekreacyjno-sportowych. Jak przysięgają ci, którzy przeżyli taką przygodę, jest to rozrywka tylko dla ludzi o mocnych nerwach, portfelach i wątrobie oraz o dużym poczuciu humoru. Obywatelami Republiki Karaibskiej jest wiele sław. Np. Bogusław Linda. Tak, ten sam aktor, który „wie wszystko, k...., o zabijaniu”. I nie chodzi jedynie o szlachtowanie złowionych na wędkę tuńczyków. Znanych polskich republikanów karaibskich jest zresztą znacznie więcej. Niestety, kpt. Piotrowski ich nie ujawnia. Szkoda, bo z pewnością portale plotkarskie miałyby o czym pisać, bo na rejsach dzieje się, oj dzieje... Po każdej wyprawie, obywatele Republiki Karaibskiej dostawali odpowiednie dyplomy, potwierdzające m.in. przejście ostrego chrztu morskiego. O którego szczegółach lepiej nie pisać, bo np. już sam chrzestny koktajl z produktów spożywczo-przemysłowych rwie wnętrzności lepiej od najcieższej choroby morskiej. I dopiero po powrocie, adepci na wilków morskich musieli jechać na prawdziwe wczasy, by wypocząć po trudach pirackiego życia i dojść do równowagi emocjonalnej. A skoro o piractwie mowa... Podobno rząd RP jest od dawna pod wrażeniem morskich wyczynów kpt. Piotrowskiego. I zastanawia się, jak go lepiej spożytkować ku chwale ojczyzny. I rzekomo nawet opracowywana jest koncepcja, by nasz wilk morski zajął w końcu dla nas jakąś wyspę na Karaibach i wywiesił na niej biało-czerwoną. Nie wyszło nam kiedyś z Madagaskarem i Dominikaną, to może uda się teraz, z jakąś Wyspą Dziewiczą czy innymi Bahamami. Tym bardziej, że kpt. Piotrowski to zagorzały patriota. I nawet gdyby miał działać pirackim hakiem zamiast ręki, na pewno w potrzebie stanie do służby ojczyźnie. Tylko więc patrzeć, jak nasz szyper zaanektuje dla Warszawy jakiś drobny archipelag, półwysep lub co najmniej wyspę. Szkoda tylko, że Kuba i Floryda już zajęte... W przerwach pomiędzy zdobywaniem karaibskich wysp i przeżywaniem męskich przygód z Bogusławem Lindą, kpt. Piotrowski żegluje także po jeziorze Michigan. Które jest większe i bywa groźniejsze od niejednego morza. Jest stałym uczestnikiem słynnych regat na wyspę McKinac. I w swojej kategorii kosi rywali, jak nie przymierzając Linda przeciwników (shot-gunem i na filmach). Kpt. Piotrowski ma olbrzymie zasługi w propagowaniu żeglarstwa także między członkami braci polonijnej, niekoniecznie związanej z Wybrzeżem, morzem, jachtami, a nawet kajakiem. Na jego katamaranie (łódka żaglowa z dwoma kadłubami), ostrogi żeglarskie zdobywały całe już zastępy naszych kontraktorów, truckerów i restauratorów, którzy poprzednio, wodę widzieli najczęściej w swym „highballu”. A niektórzy nawet sami pokupowali katamarany, choć trzeba przyznać, że z umiejętnościami żeglarskimi bywało już różnie. I paru takich rodaków podobno jeszcze po dziś dzień żegluje gdzieś po Karaibach, nie mogąc trafić do żadnego portu. Ci, którzy żeglowali z kpt. Piotrowskiem zgodnie przyznają, że jest wyjątkowo odporny na trudne warunki atmosferyczne i upierdliwych rodaków. Potrafi pogodzić nawet krakusa z warszawiakiem, a Ślązaka z mieszkańcem Trójmiasta. I to wszystko bez użycia harpuna - czasem wystarczy tylko kilka marynarskich słów i „shotów”. Ma niekwestionowany autorytet. I radzi sobie nawet z ryczącymi czterdziestkami. Nie tylko z tymi z Przylądka Horn, ale i tymi znacznie groźniejszymi - z Warszawy, Krakowa, Tarnowa i Jackowa. Dla świętego spokoju, zdecydowanie jednak woli rejsy z marynarzami, a nie z marynarkami. Gdyby to zależało od kpt. Piotrowskiego, to każdy Polak z pewnością musiałby przejść obowiązkowy kurs żeglarstwa. Najpierw po Bałtyku, a potem od razu Atlantyk. A przy odnawianiu paszportu polskiego postulowałby pewnie obowiązkowy udział co najmniej w regatach po Chicago River. Wszystko to jednak w szlachetnym celu. Kpt. Piotrowski uważa bowiem, że każdy z nas jest wilkiem morskim, tylko nie zawsze jeszcze o tym wie. Trzeba więc tę sympatyczną, wodną bestię obudzić w każdym rodaku. I budzi nawet największych śpiochów. Kpt. Piotrowski to również niezrównany gawędzierz. I mistrz nie tylko steru, ale i pióra. I choć jeszcze się nie zanosi, by w najbliższej przyszłości miał powiesić kapitańską fajkę na kołku, to warto poczekać, aż będzie miał więcej czasu na wspominki, pamiętniki i retrospekcje. Będzie się czytało, oj będzie... A na razie, naszemu szyprowi życzymy pomyślnych wichrów. I o ile już nie stopy, to przynajmniej czterech palców rumu w kapitańskiej szklaneczce... 

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót