Sygitowicz, Grażyna

09 Maja 2016

Dziennikarka, nauczycielka i... atrakcyjna kobieta. Mimo, że pracuje w mediach - w dodatku polonijnych - to jeszcze jest ładna. I - co więcej - utalentowana. Co świadczy, iż życie ogólnie jest niesprawiedliwe, bo wybrane osoby potrafi obdarzyć wieloma przymiotami, a innym pokazuje palec. Grażyna to była żona Ryszarda Sygitowicza. Tak - tego Sygitowicza! Przypomnijmy, że jeszcze w polonijnych czasach przedpotopowego dobrobytu, gdy przyzwoita flaszka kosztowała w polskim „Pewexie” poniżej dolca, a za dziesięć - „U Bacika” na chicagowskim Jackowie można było kupić tyle worów żarła, że od targania do rodzimego „bejzmentu” łapy wyciągały się poniżej kolan. "Sygit”, swymi niesamowitymi solówkami gitarowymi, zwalał  w weekend z nóg rzesze fanów (i fanek). Nie mniej skutecznie, niż mocne drinki, serwowane przez Włodzimierza Wandera w śp. klubie „Cardinal” przy Belmont i Laramie, gdzie „Sygit” ostro ciął po strunach i szkle. A że dwie mocne osobowości w jednym związku to o co najmniej jedną za dużo, doszło do rozstania. I chyba odbyło się to z korzyścią zarówno dla światowej twórczości gitarowej, jak i polonijnego reportażu. Co do tego ostatniego... Reportaże radiowe red. Sygitowicz zawsze przyciągają uwagę odbiorców. Na tyle, że niektórzy radiosłuchacze przystawali na drogach i „hajłejach”, by spokojnie wysłuchać jej historii do końca. Co, nawiasem mówiąc, znacznie komplikowało i tak już legendarnie niezdarny chicagowski „trafik”. A same historie były niesamowite. I - co najważniejsze - wyrwane z naszego, polonijnego życia. A więc były „domki” do sprzątania, „bejbysiterki”, czy małżeństwo z Moniek. Już same smakowite tytuły chwytały za wyobraźnię, serce i inne narządy, niekoniecznie miłosne. Taki na ten przykład: "Orange juice, czyli o pędzeniu bimbru”. W reportażach Grażyny aż gęsto od ludzi, zdarzeń, splątanych losów, krwistych sytuacji. Niektórzy porównywali reportaże Grażyny z cyklu „Zwierzenia”, z głośną powieścią „Wakacjuszka” Zofii Mierzyńskiej, o polonijnych realiach „domkowo”- bejzmentowych, ale trzeba przyznać, że red. Sygitowicz mówiła już o całkiem innej Polonii. Tej współczesnej, choć nadal mocno tradycyjnej. Osobiście, bardzo podobała mi się historia o góralskiej „Teściowej”. Tak nazywano dzielną góralkę, pracującą w Chicago „na sprzątaniu” i barwnie dzieląca się swę prostą, dosadną i uczciwą oceną rzeczywistości. Zresztą, by nie gadać po próżnicy, przytoczmy fragmenty monologu naszej „Teściowej”, ze względu na dojrzały wiek i jeszcze dojrzalsze poglądy, nazywanej tak przez współtowarzyszy niedoli sprzatania. „Jo nauczona była w Polsce uczciwie i tu jest uczciwo, jo nie lubię kłamstwa, chyba to, co jest, to sie mówi, a czego nie, to nie trzeba mówić i nie lubię, jak kto kłamie. To jest dla mnie Wielki Krzyż. Jak trzeba, to trzeba i skłamać, ale nie tak zebyk zaskodziło ludziom... Więcej no to ja nie umiem kłamać...” „O, jo jakby zajechała do Polski i jakby wysiadła we wsi, gdyby mnie ludzie uwidzieli to cała wieś by wołała, ze jo przyjechała, chybaby nie było takiego, żeby nie lecioł ku mnie i nie wołał. Bo w Polsce mnie nazywali Matka Suturowa, a tu mnie nazywają wszyscy w robocie „Teściowa”. No to widzis, tak miała w Polsce jakoś i tu tez mnie lubiom... W Polsce mnie lubieli, może nie wszyscy. I jo tez lubiała tak samo...”. „Okulory jok zem kupowała, to zem posła i powiedziałak, zeby mnie doł okulory, bo kcem skołe na obywatelstwo końcyć. Bo nawet najmniejszą kropeckę mogę uwidzieć, ale jak patsys na te litery, to one się złącają w ocach trochę... No to mi przymierzajo, a jo gadom - jo takich okularów nie potrzebuje jakie wy mnie dajecie. Wy mi dajcie takie okulory, żebym jo widzioło na tablicy i co by jo widziała cytoć. A nie takie jak wy mi tu dajecie, ze jo nic nie widze, mnie sie tu w głowie zawraca, jak wy mnie takie okulory przyprawiacie na nos. No i później umierzali do trzech razy, a jo powiedziała - jo takich nie kce, ten karpet cały sie ruso, godom, jak wy mnie takie okulory dajecie. Później jakoś przymierzowali, przymierzowali i jednak widziałak później na tablicy jakek juz chodziła do skoły. Pani pisała na tablicy...”. „Jak przyjedzies z Polski, co to za sprzątanie, na tych domkach. Jo zajechała, to dali mnie na łazienki i jo na tych łazienkach była. No to, tak ci godom, jo myła, bo kciałak, zeby było cyste, bom nie wiedziała, jak sie pracuje. A ja widze, ze brudno, to proskiem i sprejami i tym i tamtym, no ci godom normalnie az tu z cłonków to mi krew leciała. Taka scotka była, to kciałam, zeby drzwi cyste były, te kafelki. To wtedy tamte kobiety jesce chodziły i zaglądały poza mnie, co jo robię i jak. Jo tak pozrała na to wszystko i tak se rozmyślała, ze jo to kcem pracować, a jeżeli nie wiem jak, to one powinny mi powiedzieć, ze tak sie robi. Słuchoj, tak i tak. To az mi z tych cłonków to bóle sie takie porobiły od scotki, bo jak ja sorowała, to temte jesce zaglądały i śmioły sie z tego... W końcu nie mogła jo tego znieść, bo ja nigdy ludziom krzywdy nie robiła. Nie mogła tego znieść, to sie rozpłakała... A jak jo popracowała tydzień, to później jak one uwidziały, ze ja pracuje, to godoły, ze mnie lubią. Jo godom, no nie lubicie mnie, bo ja musiała płakać, i nie jesteście sprawiedliwe, bo jak ktoś ku mnie przyjdzie i jest świeży, to ja mu wszystko pokazuje, jak sie pracuje i każdy mi dziękuje w samochodzie, ze takiej kobiety nikt nie widzioł, jako jo, ze kcem pomóc. Ale jo musiała płakać, jak ja płakała, rzewnie płakała. Gdybym mogła, to jak Boga kocham, wróciłabym się z miejsca...” Słowem - polonijne realia. A że Grażyna ma oko na sytuacje i ludzi, wychodzą z tego historie, które napisało samo życie, a przefiltrowała red. Sygitowicz. Nic dziwnego - kończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała m.in. w radiowej „trójce” i telewizyjnej „dwójce”. Obecnie, w większym stopniu realizuje swą drugą, życiową pasję - nauczanie. Ale dziennikarstwo nadal ją nosi. I bardzo dobrze! Prawdziwych zawodowców w tej branży nigdy dosyć! BTW - czekamy na „Zwierzenia Bis”...

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót