Rygiel, Zygmunt

03 Maja 2016

Wydawca, producent, impresario, polityk, dziennikarz, biznesman (i jeszcze wiele innych funkcji, stanowisk, zainteresowań i zawodów). Człowiek, jeżeli już nie orkiestra, to przynajmniej kapela. I to bynajmniej nie weselna. Wbrew nazwisku, niezwykle otwarty. Zwłaszcza na biznesy, na których można solidnie zarobić. I Zygmunt zarabia. Nikt nie wie, jak on to robi, ale tłucze, trzepie i czesze przyzwoitą kasiorę. W dodatku nie używając do tego tradycyjnych, polonijnych narzędzi: donosu do „immigration” lub Internal Revenue Service, „gumowego” czeku lub kombinacji typu ”fourth mortgage for a third house with the second wife”. Nie wiadomo, jak to się dzieje, że potrafi z sukcesem pokazać ambitny kabaret lub spektakt teatralny, na którym wyłożyło się (i w przyszłości z pewnością się wyłoży) parę pokoleń innych impresariów. Niektórzy próbują go podrabiać, ale skutki zwykle zahaczają o Chapter 11. i interwencję prokuratora, co najmniej stanowego. Obecnie, w porozumieniu z potentatem wysyłkowym DOMA, choć nie jest Grekiem, ani go nie udaje, skutecznie współzarządza polskim radiem FM w Chicago. Co jest o tyle godne odnotowania, że to jedyna polonijna audycja, nadawana w towarzystwie doskonałych programów amerykańskich, na tak prestiżowej częstotliwości. Przynajmniej po tej stronie oceanu. O kilka podziałek od Polskiego FM znajdują się najbardziej znane stacje radiowe USA. Programowi stuknęła już dawno pierwsza rocznica. I - rozpowszechniane uporczywie przez konkurencję - pogłoski o rychłym upadku Polskiego FM, niezmiennie okazują się nieco przesadzone. Co więcej, program się rozwija. Przejmuje kolejne dni i godziny. I - co najważniejsze - jest do odbioru równie dobrze w basemencie na chicagowskim Jackowie, co np. w Jackson Hole w Wyoming, gdzie o Poland wiedzą mniej więcej tyle, iż leży gdzieś koło Holland. Podobno pozyskanie częstotliwości FM nie było dla polonijnego nadawcy łatwe. Niektórym amerykańskim decydentom nie podobało się bowiem, że w tak doborowym towarzystwie Jankesów znajdzie się stacja etniczna. Jak ich Rygiel przekonał do Polskiego FM, to chyba tylko on i goście z federalnej agencji regulacji mediów FCC wiedzą. Ale - znając Zygmunta - na pewno nie obyło się bez gruntownego wykładu o znaczeniu imigracyjnych mediów w budowaniu wielonarodowego społeczeństwa amerykańskiego. Który to „speach” mógł się odbyć w dobrym lokalu i niekoniecznie przy przaśnym bigosie, golonce oraz „Sobieskim”. Czasami znajomi zastanawiają się, czy Zygmunt Rygiel nie jest przypadkiem cyborgiem, nakręcanym z samego rana przez jakiegoś mechanika, do całodziennego funkcjonowania. Jest bowiem nie do zdarcia. I przy tym tempie życia, pewnie oduczył się już spać, za co powinien dostać jeżeli już nie „nobla” z medycyny to przynajmniej doroczną, polonijną Nagrodę Dziedzictwa Polskiego. Jednego dnia przyjmuje zespół „Dżem” w Chicago, by zaraz potem lecieć z nim do NYC. A potem w pośpiechu wracać, by na 5 rano odpalić kolejny dzień na falach Polskiego FM. W międzyczasie załatwia kontrakty reklamowe. Tu, specjalnością Zygmunta są dealerzy. Samochodowi, znaczy się. Równolegle do działań biznesowych, z Polską ustala propozycje programowe, dopieszcza stronę internetową wiadomości.com czy też załatwia kolejne audycje z archiwum Polskiego Radia. Gdy do tego dorzucić dopinanie układów sponsorskich „efemki” np. ze sławnym festiwalem Ravinia lub światową wystawą samochodową „Chicago Auto Show”, wychodzi na to, że red. Rygiel to jednoosobowy koncern medialny, agencja impresaryjna, przedsiębiorstwo PR-owsko-promocyjno-reklamowe oraz biuro zatrudnienia. I robi to wszystko bez wspomagania. A przynajmniej nie dał się jeszcze na niczym - i za nic - złapać. I - jeśli rzeczywiście jest cyborgiem, nie daje tego po sobie poznać. Jak dotąd - nie odpadła mu żadna śrubka, płytka czy podzespół. Ani nie zawiesił mu się twardy dysk. Co jednak mogłoby wskazywać, że mimo wszystko pozostaje człowiekiem z krwi, kości i konta bankowego. Zawsze otwarty na nowe sugestie. Wychodzi z założenia, że ten, kto się w mediach i biznesie nie rozwija, i to bardzo szybko, najprawdopodobniej już od dawna nie żyje. Ciągle szuka nowych pomysłów. I choć znajduje, to wciąż mu mało. Głęboko zastanawia się, w jaki sposób pozyskiwać utalentowanych współpracowników. I podobno wpadł już na kilka nowatorskich pomysłów. Jeden to masowe łapanki po mszy na Jackowie. Drugi - to otwarcie punktu odpraw medialnych na O’Hare, gdzie od razu z samolotów, przylatujących z Polski, Zygmunt mógłby, podczas obowiązkowego castingu, wyławiać największe talenty, przyznając im na poczekaniu amerykańskie wizy pobytowe. Zna wszystkich. I gdyby nie media oraz działalność impresaryjna, pewnie wylądowałby w FBI czy innym CIA. Swą wiedzę wykorzystuje jednak oszczędnie. I to wyłącznie do celów biznesowych. Dobrze byłoby namówić go do napisania pamiętników. Ale by się działo! Towarzysko - kompan lepszy od całej kompanii wojska. Dowcipy może opowiadać godzinami. I to niekoniecznie te poniżej pasa... Nie wszyscy wiedzą, że Zygmunt ma za sobą niezbyt wprawdzie długi, ale mocny epizod w polskiej polityce. Gdy jego chicagowski, radiowy partner i mentor z „Radia dla Ciebie” Andrzej Czuma został senatorem i ministrem sprawiedliwości, red. Rygiel stanął na czele jego biura. Którego to, niewątpliwego sukcesu, niektórzy ze środowiska polonijnego, zgodnie z zasadą tradycyjnej, staropolskiej zawiści, po dziś dzień nie mogą mu wybaczyć. Miał spory wpływ na decyzje, podejmowane przez min. Czumę, z którym nadal pozostaje w serdecznych stosunkach. Jednak przypisywanie Zygmuntowi pomysłu Czumy, żeby w Polsce dopuścić do szerokiego posiadania broni palnej byłoby sporą nadinterpretacją. Jest na to zbyt pokojowo nastawiony. Podobnie zresztą zachowuje się na antenie, gdzie mimo częstego prezentowania zdecydowanych poglądów, do nikogo nie wali z „kałacha”. Choć mógłby... Jeszcze z polskich czasów doskonale zna polityków oraz mechanizmy działania władzy. Nie zdążył się nią jednak zarazić na tyle, by wsiąknąć w układ, jak inni. Dlatego - jako jeden z nielicznych polityków obecnie „wyklętych” (przez rządzącą władzę) - sypia spokojnie w czasie, gdy wielu przewraca się nerwowo z boku na bok śniąc, że ludzie aktualnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, czyli „pana Zbyszka” z Krakowa, już po nich wyciągają długie łapy. Mogące nawet sięgać przez ocean. Jako dziennikarz prezentuje poglądy racjonalnie centrowe, bez popadania w ekstremę. Zaryglował się solidnie na tej pozycji. I mimo pełnego zrozumienia dla przedstawicieli skrajnych nurtów, zbliżonych zarówno do lewej, jak i prawej, betonowej ściany polityczno-obyczajowej, swych poglądów raczej nie zmieni. Zaporowe nazwisko w końcu do czegoś jednak zobowiązuje...

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót