Loryś, Jan

24 Kwietnia 2016

Jan Loryś jest najlepszym przykładem na to, że Polonia amerykańska to nie tylko - jak twierdzą niektórzy w Polsce - zapracowane „Mariany”, w kraciastych portkach, tańczące polkę i objadające się pierogami (ze względów patriotycznych rzecz jasna - niekoniecznie ruskimi). Mimo dojrzałego wieku, doskonale orientuje się w bieżących realiach polskich. I solidne wykształcenie amerykańskie łączy ze słowiańską przebojowością oraz fantazją, choć skrywaną za parawanem prawdziwego dżentelmena. Pan Jan był dyrektorem Muzeum Polskiego w Ameryce przez bardzo wiele lat, jednak pogłoski o tym, iż jest starszy od niektórych eksponatów bywają mocno przesadzone. A eksponatów, którymi musiał się opiekować, było naprawdę sporo. I to jakich! Zresztą niektóre w ogóle jeszcze nie są skatalogowane. Dlatego marzeniem dyrektora było zawsze to, żeby - nie, nie wyjechać na Jamajkę albo w inne ciepłe kraje czy też kupić sobie  nowego cadillaca, lecz pozyskać sponsorów do finansowania Muzeum. Co mu się w dużej mierze udało, choć na pewno przydałyby się jeszcze jakiś Bill Gates. A było czego doglądać. O skali dziedzictwa, z jakim musiał na co dzień uporać się dyrektor świadczy głośna afera sprzed kilku lat. Otóż FBI poinformowało na konferencji prasowej o przechwyceniu bardzo wartościowych rękopisów, ukradzionych z Muzeum, jeszcze przed dyrektorowaniem pana Jana. Wypłynęły dopiero po latach. A cała historia brzmi nieprawdopodobnie. Oto szkicowy, oficjalny skrót: dwóch młodych ludzi, mieszkających w polonijnym domu w Chicago, miało na własną rękę spenetrować basement. I tam, lokatorzy natknęli się na pudła z cennymi eksponatami muzealnymi. Postanowili je ukradkiem sprzedać. Odwiedzili znany antykwariat w śródmieściu Chicago. Tam, właściciel od razu zorientował się nie tylko w wartości rękopisów, ale też w fakcie, że zostały skradzione (z tyłu każdego widniała pieczątka i numer katalogowy Muzeum!). Reszta poszła już rutynowo - antykwariat powiadomił policję. A ta - FBI. I dokonano nalotu na dom, gdzie mieszkało dwóch niedoszłych sprzedawców, należący do starszej już Polki. Przechwycono wiele skradzionych fantów. Wśród nich znalazły się prawdziwe perełki, nawet dla Amerykanów. Np. odręczne listy George’a Waszyngtona do gen. Kazimierza Pułaskiego, listy Tadeusza Kościuszki (po łacinie!), mapy z okresu antyangielskiej rewolucji amerykańskiej, pieczęcie i inne polskie „americana” o trudnej do oszacowania wartości finansowej, a bezcenne historycznie. Na konferencji w siedzibie FBI na południu miasta był obecny dyr. Loryś. Siłą rzeczy, dziennikarze rzucili się do niego, domagając się informacji, kto rąbnął papiery. Pan Jan konsekwentnie jednak odmawiał odpowiedzi, mimo że na pewno wszystko wiedział. "To już nie ma większego znaczenia dla tej sprawy" - wyjaśniał spokojnie. "Najważniejsze, że nasze eksponaty wróciły do Muzeum". Obchodząc zachowującego się po dżentelmeńsku pana Jana, usiłowałem u źródła, czyli szefów FBI dowiedzieć się, kto jest sprawcą kradzieży. "Nie możemy na to pytanie odpowiedzieć, bo byłyby to oskarżenia prawnie już nieuzasadnione" - słyszałem nieodmiennie odpowiedź. "Statue of limitation"... Czyli przestępstwo się przedawniło. Tymczasem wieść gminna niesie, że eksponaty rąbnął jeden z poprzednich kustoszy i ukrył je w domu swej matki, czekając ze sprzedażą na przedawnienie. A młodych ludzi, chcących puścić fanty w aktykwariacie, po prostu sam podstawił, konstruując historyjkę o przypadkowym znalezisku. Chciał sobie w ten sposób na wszelki wypadek zapewnić dodatkowe alibi. Stuprocentowych dowodów jednak nie ma. I jesteśmy tu skazani na spekulacje. Czasem, podczas okazjonalnych, dziennikarskich  spotkań z panem Janem, usiłowałem namolnie go podejść na ten właśnie temat, ale konsekwentnie odmawiał odpowiedzi, mimo mojego uporu nie używając przy tym słów, uważanych powszechnie za obraźliwe. Co świadczy o klasie człowieka, wykraczającej daleko poza pierwszą B w podstawówce. Pan Jan, na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie mola książkowego. Zza grubych szkieł swych okularów widzi jednak nie tylko stare manuskrypty. To pozwalało mu przez wiele lat efektywnie zarządzać największą, poza Polską, placówką muzealną na świecie. Znając zacięcie dyrektora i jego oddanie sprawom polskim, na pewno w przyszłości nieraz usłyszymy o Janie Lorysiu. Nie czas jeszcze więc pana dyrektora odkładać na muzealną półkę. Kurz się go na pewno nie ima... 

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót