Gędłek, Andrzej

19 Kwietnia 2016

Góral z dziada, pradziada. A nawet z ojca. Pochodzi spod samiuśkich Tater. Spod Kurpówek, znaczy się... Słowem - świstakowi spod ogona nie wypadł. I ma solidne korzenie. Umiejętnie przy tym łączy tradycję ze współczesnością. Potrafi pojechać gwarą, jak stuletni baca na wypasie owiec na hali, by po chwili przejść na literacką polszczyznę, której nie powstydziłby się wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego. W Stanach robił już niemal wszystko. Prowadził m.in. restaurację, program radiowy i Związek Podhalan w Ameryce Północnej. Zwłaszcza ta ostatnia funkcja prezesa wystarczy, żeby już teraz wystąpić do Watykanu o automatyczne uznanie Andrzeja, jeżeli już nie błogosławionym czy wręcz świętym, to przynajmniej męczennikiem za wiarę. A chodzi konkretnie o wiarę w to, że górale będą kiedyś w stanie całkowicie się zjednoczyć i wspólnie podejmować kompromisowe decyzje. Jako prezes ZPwAP, Andrzej umiejętnie zarządzał organizacją, składającą się z wielu kół, stronnictw, grup, klanów i podklanów podhalańskich, co mu się w sporej mierze udało. I zrobił to bez użycia ciupagi, owczarków podhalańskich oraz FBI, czego nie można powiedzieć o każdym prezesie braci góralskiej. Z restauracją Andrzeja Gędłka to było tak: kupił przed laty lokal „Lucky Man” przy Milwaukee i Addison. W polonijnej dzielnicy. Poprzedni właściciel - pan Marian, wyprowadził się do ciepłych stanów. A Andrzej ciągnął biznes z kuchnią polsko-amerykańską i elementami góralskiej. I chyba źle na tym nie wyszedł. W końcu nazwa lokalu zobowiązuje. Co do „Lucky Man”... Pan Marian sprzedał lokal z nazwą i... gotową reklamą. A reklama była okazała i przełomowa, jak na ówczesne czasy. Otóż pan Marian, podczas wizyty w Las Vegas (a pograć lubił, oj lubił!) zrobił sobie fotkę w kasynie, otoczony stadem niekompletnie ubranych panienek, z najwyższej hazardowej i modelarskiej półki. I swój lokal ogłaszał jako przybytek, prowadzony przez prawdziwego szczęściarza. Czemu trudno było zaprzeczać, patrząc na naszego rodaka w towarzystwie uwieszonych jego torsu, rąk i nóg modelek, z uwielbieniem wpatrujących się w naszego rodaka. No i poszła fama, że wizyta w „Lucky Man” przynosi szczęście, a potrawy działają, jak viagra. Był to bodaj jedyny przypadek w USA, gdy polska kuchnia, w postaci placka po węgiersku, schabowego, bigosu czy kwaśnicy kojarzyła się nie z ciężkim żołądkiem i trzeszczącą wątrobą, ale z sukcesami w sypialni. Przez jakiś czas, jako nowy właściciel, Andrzej używał więc starej reklamy, co rzeczywiście umacniało reputację restauracji jako biznesu szczęśliwego dla prowadzących i konsumentów. Nie było powodów do narzekań. No, może poza tym, że z czasem, wizerunek szczęśliwego pana Mariana w otoczeniu atrakcyjnych lasek, zaczął być przypisywany Andrzejowi, co umacniało jego męską reputację. Prawdziwą pasją prezesa Gędłka było jednak radio. Tworzył przez wiele lat niezapomniany duet z Józefem Bafią, który obecnie gazduje już znacznie wyżej, niż sięgają Tatry. Robili program o tyle ciekawy, że pełen akcentów regionalnych. Zawsze można było się przy góralskim radiu pośmiać, odprężyć, a i wiele nauczyć. To dzięki tym właśnie radiowcom, wielu ceprów zaczęło doceniać dorobek i rozumieć życie mieszkańców Podhala. A przeciętny warszawiak czy krakus dowiedział się, że „parzenice” to nie parząca meduza śródziemnomorska, a „moskole” to nie ochrona prezydenta Władymira Putina. Andrzej nadal jest aktywny przed „sitkiem”, ale niektórym brakuje wspomnianego duetu, który ciągnął program z werwą pozującego do zdjęć, białego misia na Krupówkach czy - nie wypominając - konia, targającego bryczkę z turystami, z Zakopanego do Morskiego Oka. Z Andrzejem można pogadać o wszystkim. Niekoniecznie o wyciągu na Kasrpowy i niekoniecznie przy kwaśnicy. Mimo czasem dość uciążliwych konfliktów i sporów w środowisku, jest zdeklarowanym patriotą góralskim. Niektórzy mówią, że gdyby tylko się dało, na pewno utworzyłby Republikę Podhalańską w Chicago. Uważa, że właściwie to wszyscy są góralami, tylko czasem jeszcze o tym nie wiedzą. I po prostu trzeba ich do tego przekonać. Wystarczy choćby fakt, że cepr jeden z drugi mieszkał kiedyś już od pierwszego piętra w górę. A że Andrzej ma wiele racji, świadczy chociażby fakt, że na dorocznym przeglądzie zespołów „Na góralską nutę” w Domu Podhalan przy 4808 S. Archer. Ave. w Chicago można zobaczyć „Podhalańczyków” z najdalszych zakątków świata. Brakuje chyba tylko zakopańczyków z Kamerunu czy Hawajów. Kiedyś, jako nosiciel tego samego imienia zapytałem Andrzeja, jak właściwie powinienem się do niego zwracać: „Andrzej” czy - jak wielu innych, po góralsku - „Jędrek”. Wytłumaczył, że na Podhalu nikt do nikogo nie mówi per „Andrzej”. Wszyscy Andrzeje są za to Jędrkami. Taka tradycja. Podobnie zresztą, jak Hanna to zawsze Hanka. Uczynny. Pomoże zawsze. I to bezinteresownie. Ma tylko jedną wadę. Amerykańską. Nazwisko! Pokażcie mi tubylca, który prawidłowo wymówi nazwisko „Jędrek Gędłek”. Daję stówę. I stawiam podwójną kwaśnicę. Z wędzonymi żeberkami... (FOT. TYGODNIK PODHALAŃSKI)

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

 

Piotr 20.04.2016 10:12:18
Chwala Andrzej/Jedrek za serce i wszystko co robisz dla srodowiska podhalanskiego. Zycie barwne ale przykladne . Letnie pikniki przed nami wiec mam nadzieje ze bedzie okazja zjesc wspolnie " kwasnice".
gazda Stasek Szaflarski-Dziana 20.04.2016 5:23:44
Sycka wiedzom ze Jedrek to hruby gazda nie ino pod Holami ale i w Chicago tys! Hej, zgrabnie tu i tam sie nosi, coby bylo hurnie i slebondie, to znacy po nasemu. Scysc Boze!, gazda
Powrót