Modjeska, Kinga

10 Kwietnia 2016

Kinga Modjeska (nie mylić z legendanrą Heleną Modrzejewską, też czasem nazywaną w Stanach  „Modjeską”) jest chodzącym dowodem na to, że czasem życie jest nie fair. Jedni bowiem mają wszystko, a inni - nic. Nie dość, że ma Kinga eteryczną urodę królowej Kingi, to jeszcze inteligencję i talent. A przy tym umiejętnie łączy te cechy, które w przypadku wielu innych osób są do pogodzenia, jak woda i ogień. Kinga mogłaby śmiało swe atuty wykorzystywać na wiele różnych i bardzo dla siebie korzystnych sposobów. Np. mogłaby odbić żone samego Donalda Trumpa, z powodzeniem zakręcić się wokół Billa Gatesa czy też wyślizgać Dodę poza nawias estrady. Wybrała jednak inny sposób na życie. Teatr! A jaka to orka na polonijnym ugorze - wiedzą tylko ci, co sami spróbowali fikołków na teatralnych deskach. Takich samobójców jest zaledwie garstka. Dlaczego? Bo, jak wiadomo, w naszym środowisku, z potrzeb duchowych najlepiej sprzedaje się krakowska podsuszana i „bolszewik” (dla niekumatych - salceson, czasem czerwony, jak gwiazda na szczycie Kremla). Z tym większym podziwem należy patrzeć na Kingę, która śmiertelnie i masowo zaraża środowisko. Nie, nie wirusem groźnej eboli, ale właśnie bakcylem teatru. Dlatego, wśród sympatyków, niekiedy nazywana jest pieszczotiwie mianem „nosicielki bakcyla”. Co najważniejsze, Kinga  - prowadząca „Scenę Polonia” - w ramach „Studia Teatralnego Modjeska” działa wśród dzieciaków, zaszczepiając im miłość do teatru. I choć pewnie zbyt szybko nie zobaczymy tej młodzieży na rozdaniu „oscarów”, to na pewno pasja, pozyskana w trakcie warsztatów teatralnych pozostanie im na całe życie. Kinga ma też inną bardzo wazną i cenną cechę, której wielu (z niżej podpisanym włącznie) bezinteresownie jej zazdrości. Potrafi godzić ludzi. I to bez donosów do Internal Revenue Service czy „immigration”. A jak to ważne w społecznościach polonijnych wie każdy, kto chciałby na ten przykład, w rodzinnym gronie, zgodnie zanucić choćby zwykłą kolędę. Wujek Edek ciągnie bowiem sznaps-barytonem, ciocia Zosia zapomniała słów, szwagier Marek już za bardzo nie nadaje się do popisów wokalnych (śledzik był nieświeży), a kuzyn Roman pomylił „Wśród nocnej ciszy” z „Międzynarodówką”. W skali sceniczno-teatralnej jest jeszcze gorzej. Wyobraźmy bowiem sobie polonijne, amatorskie przedstawienie np. „Wesela”. Aktor numer 1 nie chce grać, bo kolega wskazał go na próbie, wygłaszając wiekopomną kwestię „miałeś chamie złoty róg”... Aktorka numer 2 nie zgadza się grać przaśnej, wiejskiej dziewuchy, bo przecież ma dyplom UJ, i to z ochrony środowiska. Zaś aktor numer 56 uważa, iż Wyspiańskiego należy mocno nagiąć do jego (aktora) barwnych przygód życiowych, bo jeszcze w 1964, w stodole pod Sieradzem, na sianie, samodzielnie obrócił całą, damską załogę miejscowego PGR-u. Słowem - organizacja takiego spektaklu to istna rzeźnia artystyczna i męczarnia. Stąd szacun dla Kingi, która całe towarzycho i wszystkie wątki każdorazowo jakoś musi złożyć do tzw. kupy, przy okazji nie używając słów, powszechnie uznanych za obraźliwe. Mimo tych trudności mniej lub bardziej obiektywnych, Kinga radzi sobie doskonale. Ma oddanych sponsorów, rodzice wspierając aspiracje sceniczne dzieci, o przedstawieniach mówi i pisze się szeroko i ogółem wygląda na to, że nie tylko „uchem Smirnoffa” Polonia żyje. Siłą rzeczy, Kinga musi wcielać się w wiele postaci, nie tylko na scenie. Bywa reżyserem spektaklu, garderobianą, przedszkolanką dla najmłodszych aktorów, suflerem dla starszych, dekoratorką, a nawet czasem „oprawczynią” muzyczną. Sporo, jak na jedna, nawet najsolidniejszą głowę. Na szczęście Kinga to człowiek orkiestra. I to symfoniczna... Kto nie wierzy, niech przejrzy recenzje „Alicji w krainie czarów”, „Ławeczkę” czy „Pinokia” (w tym ostatnim nie gra jednak tytułowej roli). Co ciekawe, mimo wielu lat aktywności, Kinga zaraża nadal. I zdarza się, że po udanym debiucie dzieciaka, nawet jeden z drugim rodzic zastanawia się, czy nie zadebiutować na starsze lata na teatralnej scenie. I niektórym się to udaje! A że - jak wiadomo - aktor na miarę co najmniej dorocznej  „Maliny” drzemie w każdym rodaku, perspektywy teatru Kingi są nie najgorze. Tym bardziej, że właściciele sal z reguły czują teatralnego bluesa i często użyczają gościny za symboliczną cenę. Kindze więc chodzą po głowie różne propozycje teatralne.  Od poziomu „Królewny Śnieżki” po ambitnego Gombrowicza. Możliwości programowych nie brakuje. Chętnych do grania - też. Żeby tylko nie brakło sponsorów, widzów i zapału. Ale znając Kingę można przypuszczać, że na pewno nie zabraknie. A skoro już o propozycjach programowych mowa... Może - idąc za sugestiami Polonusów - warto rzucić teraz na scenę typowo polonijne przygody, prosto z Chicago? Jak wiadomo, nasze życie niesie niesamowite zwroty akcji, interesujące postacie i zaskakujące scenariusze. Podsuwam życzliwie jeden. Oto poczciwy i szanujący prawo (służba w ORMO) pan Janek z podtarnowskiej miejscowości przyjeżdza zarobkowo do Chicago, gdzie dowiaduje się, że za sprawą swego tatusia - wcześniejszego gastarbeitera, ma w Stanach brata. Jest nim Afroamerykanin - szef ulicznego gangu „Black Cobras”, który raczej nie zajmuje się w Stanach sprzątaniem supermarketów. Janek, usiłuje wyrwać braciaka ze szponów organizacji przestępczej, kusząc go kuchnią polską, mszami w katedrze na Jackowie i wdziękami Słowianek, co idzie niełatwo. Z kolei „Black Cobra” ciągnie Janka do gangu, oferując mu daleko idące świadczenia zawodowe - darmowe „uzi” i jeden z najruchliwszych rogów ulicznych na South Side. I - stosując podobne od bratnich metody - sponsoruje mu „mamę”: rozłożystą panienkę, która jest przyzwoita, bo gra główne role w filmach religijnych. Gdzie - dopadnięta np. przez 5 jurnych partnerów, głośno i namiętnie wykrzykuje swe duchowe przesłanie, w rodzaju „O, my God! O, Dżizes!”. Finału tej fascynującej historii -  niestety -  nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ale możliwości są dwie - Janek weźmie w końcu „Black Cobrę” do swej brygady kontraktorskiej, remonotującej restaurację „Staropolska” lub też sam zostanie królem „kornera” w dzielnicy chicagowskiej, gdzie nawet copy przejeżdżają na czerwonym świetle, z prędkością światła. Wierzę, że Kinga wybierze tu właściwe zakończenie. BTW - za swój scenariusz nic nie chce. Wynagrodzenie niech lepiej idzie na teatr. W końcu tyle jest jeszcze do zagrania...

Dodaj komentarz

Powrót