Maculewicz, Jarosław

13 Marca 2016

Aktor, dziennikarz, radiowiec. A przede wszystkim - Ślązak. Czy też raczej - Ślunzok. Podobno na śniadanie zawsze je dwa krupnioki pod halbę piwa. Do tego ma akcent, jakby pochodził z dziada pradziada z katowickich familoków, a na weekedy zjeżdżał rekreacyjnie do kopalni „Bobrek” czy innego „Wieczorka”. Niegdyś mąż red. Ewy Staniszewskiej. Ale nie jest to jego jedyny sukces życiowy. Dorobił się bowiem syna. W środowisku polonijnym udziela się w różnych radiowych „śląskich falach”. No i zna mnóstwo dowcipów o Eciku i innych, prawdziwych Polakach. Np. taki:

„Masztaski i Ecik słuchają opowieści Zygusia o jego przygodzie w dżungli.

   - Patrza, a przede mną wielki boa - mówi Zyguś. -Struchlałech ze strachu. A tu ci wychodzi fakir. Ino gwizdnął, a boa zniknął.
   - To jeszcze nic - wtrącił Ecik. -Moja staro miała takiego boa i poszli my na dancing. Przewiesiła boa przez krzesło, nikt nie gwizdnął, a boa znikło”.

Jarek to jeden z licznych aktorów, którzy swe umiejętności zawodowe wykorzystują w codziennej rzeczywistości. Moduluje głos i przybiera odpowiednią postawę, w zależności od sytuacji. I od tego, co trzeba załatwić. Dlatego jest pierońsko skuteczny. Potrafi przy tym jechać najlepszą, literacką polszczyzną. A wtedy trudno w nim poznać „hanysa”, bo zamienia się w „gorola”. W domu trzyma nawet mundur górniczy. Jak najbardziej autentyczny, choć przesadzone są informacje, że uszyty jeszcze w Belgii przez samego Edwarda Gierka (nawiasem mówiąc - zagłębiaka z Sosnowca). Patrząc na Jarka w mundurze można się mocno „oszydzić”. Byle „gorol”, zerkając z boku, nie będzie miał bowiem najmniejszego pojęcia, co oznaczają wszystkie te pagony, lampasy i... kutasy (ze staropolskiego - wiszące ozdoby do ubrań czy broni). Nie udało się więc do końca ustalić, czy red. Maculewicz to już sztygar. I czy w związku z tym, należałoby się do niego - zgodnie z bogatą, śląską tradycją - zwracać w osobie trzeciej, per „on”.  Nie wiadomo też, jak „śwarno” Jarek macha kilofem czy „hercówą” (szufla, nazwana z niemiecka „sercówą” ze względu na kształt metalowej części). Bo mikrofonem radiowym na pewno potrafi. Działa też w organizacjach Ślązaków. Na razie jednak, w przeciwieństwie do wielu kamratów w Polsce, nie ma zamiaru odrywać Śląska od Rzeczypospolitej. Nie ma też daleko posuniętych planów powołania Republiki Górnośląskiej na Jackowie. Choć można przypuszczać, że znając ciągoty narodowościowe i patriotyzm lokalny Jarka, CIA już od dawna go uważnie obserwuje pod tym kątem. Z niezmąconym spokojem, podczas imprez i pikników polonijnych wyjaśnia postronnym szczegóły swego regionalizmu śląskiego. A tu nie brakuje poważnych luk w obywatelskiej wiedzy rodaków, zaś edukacja w tym zakresie nie kończy się nigdy. Pamiętam, jak podczas jednego z pikników Ślązaków, pewien przypadkowy „cepr”, eee - znaczy się „gorol” zapytał mnie, patrząc z podziwem na Jarka w pełnym mundurze galowym: „Panie, a te pióra, co te hanysy na czapkach noszą to pewnie z ogonów kogutów, jakie oni w niedzielę jedzą z modrą kapustą, bo u nich chyba taki zwyczaj jest?” No i  krzew tu, człowieku - „hanysie” albo „gorolu”, kulturę śląską w polonijnym narodzie! Odpowiedziałem w podobnej formule, że pióra pewnie pochodzą z ogonów... kanarków, jakie górnicy zabierają pod ziemię w klatkach, żeby kontrolować poziom stężenia w kopalniach zabójczego metanu, na jaki ptaki te są szczególnie wyczulone. Nie wiem jednak, czy ta przedpotopowa prawda dotarła do mojego rozmówcy. Ale fakt, że zaintrygowany zaczepką nie śmiałem już zapytać Jarka o te obiady z kogutów. Nie zapytałem go też, czy to „modro kapusto” jest powodem, dla którego brać śląska rodzaju męskiego ma - niemalże jak jeden mąż - fioletowe twarzyczki. Przy najbliższym spotkaniu przy „halbie” pociągnę jednak wątek... Jako dziennikarz, Jarek jest niezwykle sprawny. Równie wartko przeczyta staropolską powieść, co opowie dowcip regionalny, jak też przekaże najnowszego „niusa”. No i ta muzyka! Red. Maculewicz ma przy tym pogodne i filozoficzne usposobienie. Ale - jak każdy Ślązak - do czasu, aż mu ktoś nadepnie „na honor”. A ten ma nie do przehandlowania... Jarka można zobaczyć również w różnych produkcjach teatralnych, kabaretowych, scenicznych. Zawsze jest przy tym wyrazisty, jak dworzec główny w Katowicach. I ma poczucie humoru, czego nie można powiedzieć o każdym „hanysie”. Kiedyś, próbowałem go namówić, by przy organizacji Ślązaków powołał prawdziwą, „kopalnianą” orkiestrę dętą. Sam, jako pół-hanys (Ślask, ale - niestety - opolski)  mógłbym chętnie z muzycznymi kamratami walić nie tylko w szyję, ale i w bęben. Propozycja zawisła w powietrzu. Ale gdy się przyjmie - na co wciąż jest nadzieja - to chyba nasza polonijna orkiestra symfoniczna im. Paderewskiego zostanie poważnie uszczuplona. Któryż to bowiem z muzyków, nawet mając solidne, klasyczne przygotowanie, nie chciałby czasem przemaszerować po centrum chicagowskiego Jackowa, z 20-osobową orkiestrą dętą, rżnąca Barbórkowy rap w takt „Szła dzieweczka do laseczka”? Jarek - czekamy!

(FOT. POLISH NEWS)

Dodaj komentarz

 

Izolda J 30.10.2016 11:36:16
Pan Jarek wszechstronny wielce ...a te loki..prawdziwy hak na niewiasty :)
Powrót