Orawiec, Bronisław

31 Stycznia 2016

Lekarz, kardiolog, specjalista medycyny wewnętrznej, poeta, pisarz, dziennikarz, działacz polonijny, a nawet społeczny. Lecz przede wszystkim narciarz i tenisista. Pseudonim „Bronek”. Pochodzi z Podhala. Mimo to nie patrzy na ceprów z góry. Ma zdrowie. Co najmniej konia, który bryczki z tłustymi turystami z Warszawy ciągnie w Zakopanem do Morskiego Oka. Bo nie dość, że prowadzi własną praktykę na południu i północnym zachodzie Chicago, to jeszcze pracuje i dyżuruje w szpitalach. Sam już chyba nie wie, ilu. Ale w „Resurrection” na pewno. W przerwach w pracy robi (co roku) „Góralskie Posiady”. Organizuje też mistrzostwa lekarzy w tenisie ziemnym. I w narciarstwie alpejskim, czasem nawet w Alpach. I prawie zawsze wygrywa. Pewnie dlatego, że - jak mówią złośliwi - jako organizator, ma znaczone narty i piłeczki. Udziela się w organizacjach polonijnych. I tu również odnosi sukcesy. Jest np. lekarzem naczelnym Związku Podhalan w Ameryce Północnej. Nawet jemu nie udało się jednak do końca uzdrowić naszych struktur. Będzie musiał chyba zastosować terapię szokową. Dr „Bronek” nie chce zdradzić, na jakich to tajemniczych, podhalańskich ziołach ub innych dopalaczach tak jedzie. A chyba jedzie, bo to fizycznie niemożliwe, żeby jeden człowiek, bez dodatkowej stymulacji, samodzielnie działał w tak wielu dziedzinach. Chyba, że ma brata bliźniaka. Albo nawet dwóch... Człowiek-orkiestra. Góralska... Równie dobrze radzi sobie z najnowszym, amerykańskim sprzętem medycznym, co i z obyczajowym, typowo polskim. Tak więc nieobce mu są zarówno nowoczesne skanery kardiologiczne Made in USA, jak i kubek dobrego grzańca góralskiego z ekstra prądem. Dr „Bronek” (jego klub sportowy nosi taką właśnie nazwę) należy do tych nielicznych, wybitnych, polskich specjalistów w Stanach, którzy nie uciekają od swego skromnego pochodzenia. A pochodzi z dumnego rodu Orawców Wyśni (nie chodzi bynajmniej o sen, tylko o miejscowość). Na ten temat napisał zresztą wspaniałą książkę. I nadal popiera tradycje góralskie. Nierzadko można go zobaczyć w pełnym stroju góralskim. Zaś podczas „Posiadów”, równie sprawnie zatańczy w nim krzesanego, co i ogniste tango. W miarę upływu  imprezy, czasem nawet twórczo wymiesza jedno z drugim... „Posiady Góralskie” to istny fenomen. Niegdyś improwizowane w prostych, góralskich chatach, obecnie są organizowane w okazałym domu Orawców w Northbrook pod Chicago. No i różnica polega też na tym, że zamiast skubania pierza, moskoli i dziewuch przy lampie naftowej albo innych tradycyjnych rozrywek, goście - w tym cepry - bawią się w już lekko amerykańskim stylu. Choć też przy góralskiej kapeli i bacowskim barku. Postać wyjątkowa. Zrobił karierę mimo, że nikomu nie wbił ciupagi w plecy i na nikogo nie powiedział jeszcze złego słowa. Choć to fizycznie niemożliwe, ze wszystkimi żyje w zgodzie. I to nie przekupując ich niczym. Jednym słowem - fenomen! Patriota podhalański, polonijny, polski. W Polskę zainwestował zresztą  - i nadal inwestuje - sporo serca, czasu i dolarów. W Stany i Polonię również. Nic dziwnego, że mniej więcej co miesiąc musi wzywać murarzy do swych gabinetów, urywających się pod ciężarem coraz to nowych dyplomów, trofeów, podziękowań, wyróżnień i nagród. Swe uzdolnienia, zainteresowania i sukcesy przerzuca umiejętnie na rodzinę, która zaraziła się jego zdolnościami i pasją do działania. Włącznie z żon - Grażyną. I dziećmi - Mieszkiem oraz Sylvią. Strach pomyśleć, co by było, gdyby młodsze pokolenie Orawców poszło w 100 proc. lekarskimi śladami ojca. Przy jego legendarnej już pracowitości, zaledwie trójka doktorów medycyny chyba wystarczyłaby na całe Stany...

(FOT. TYGODNIK PODHALAŃSKI)

Dodaj komentarz

Powrót