Bielowicz, Halina

24 Stycznia 2016

Urzędnik stanowy, działaczka polonijna, właścicielka biznesu finansowego. Swego czasu, jeszcze za gubernatora Illinois - Jima Edgara (chyba jedyny z ostatnich czterech, który jeszcze nie siedzi), pani Halina była najwyżej umocowanym urzędnikiem polskiego pochodzenia, we władzach stanowych. Zajmowała prestiżowe stanowisko zastępcy dyrektora wydziału finansowego, z wpływem na decyzje budżetowe i wydatki jednego z największych i najbogatszych (ale nie w kieszeniach podatników!) województwach USA. Niektórzy żartowali nawet, że jest pewnie najbogatszą Polką w Stanach. Którego to tytułu miała jej zazdrościć sama „Basia” - Barbara Piasecka-Johnson, Martha Stewart (prawdziwe nazwisko - Marta Kostyra) i inne znane oraz zamożne Polki amerykańskie. Pani Halina w końcu jednak nie utrzymała się na stanowisku. Nie z własnej winy. Odeszła. I to nie wskutek wyroku sądowego. Co znaczy, że nie kręciła wałków kosztem mieszkańców. Czego nie można powiedzieć o stadzie wielu urzędasów stanowych, zaludniających obecnie cele aresztów i więzień w Illinois. Jest niezwykle aktywna. I to bez dopalaczy. Jeszcze pracując „w stejcie”, zawsze znajdowała czas na działalność społeczną. W tym - w organizacjach polonijnych. Co - jak powszechnie wiadomo - wymaga (ogólnie rzecz biorąc) żelaznych nerwów, świętej cierpliwości i stalowej wątroby. Swego czasu nie było ważniejszej konferencji, spotkania czy nasiadówy bez udziału pani Haliny. I trzeba przyznać, że wyróżniała się w towarzystwie. M.in. tym, że mówiąc swobodnie po polsku i angielsku polszczyzną literacką, a nie jak XIX-wieczny chłop podolski, potrafiła celnie przekazać swą myśl. Co nie zawsze sprawdzało się w przypadku innych uczestników, mających problemy z odszukaniem swej myśi. Halina Bielowicz przeszła do historii nie tylko w dziedzinie polityki i finansów, ale i... mody. Od zawsze ubierała się odważnie. A postronne osoby nie mogły wyjść z podziwu, że tak ważna persona potrafi błysnąć stylowym luzem i... atrakcyjnym ciałem. To ona wprowadziła wśród urzędasek amerykańskich modę na „skórę”. Nie, nie chodzi o noszenie skórzanych uprzęży a’la markiz de Sade czy kurtek w stylu „Hell’s Angels”, lecz o kreacje, które ściśle - jak skóra - przylegają do ciała. Była to we władzach stanowych rewolucja. I zamiast szarych, obwisłych garsonek, jak po babci Anieli, damy „ze stejtu” zaczęły paradować w atrakcyjnych strojach kobiecych, co wyraźnie podnosiło społeczne notowania władzy i zaczęło przyjmować się nawet w Białym Domu. Dzięki swej dbałości o strój, pani Halina przysłużyła się też mocno polskiej demokracji. A było to tak... Pewnego razu, do Chicago zjechał był sam pan Lech Wałęsa. Wtedy wprawdzie już prezydent Najjaśniejszej, ale nie przymierzający się jeszcze do tronu papieskiego. Lechu miał wówczas pewne problemy z Polonią. Czy też raczej Polonia z nim. Wśród rodaków zaczynała bowiem żywiej pulsować afera z „Bolkiem” w roli głównej. A więc chodziło o odgrzewany obecnie przez dr. Sławomira Cenckiewicza zarzut, że przywódca „Solidarności” kolaborował z komunistyczną bezpieką, a wynagrodzenie za współpracę, wyjątkowy szczęściarz Lechu przykrywał fikcyjnymi opowiastkami o... seryjnych wygranych w „lotka”. Jedno ze spotkań z naszym sławnym noblistą zorganizowano w siedzibie TV Polvision, przy Belmont Avenue w Chicago. Emocje były spore. I w powietrzu wisiała rewolucja. Przed wejściem do stacji zgromadził się bowiem tęgi tłumek rodaków, raczej niechętnie nastawionych do szacownego gościa. Widać było transparenty z napisami: „Bolek go home”, „Wałęsa - oddaj Solidarność!”, „T.W. Lechu” (nawiązanie do tajnego współpracownika SB), „Wielki Elektryk - mały człowiek”. Sytuacja stawała się gorąca. Wałęsa, podczas nagrywanej kamerami konferencji prasowej, odpowiadał na pytania. Na zewnątrz gromadził się jednak coraz większy i coraz bardziej niecierpliwy tłumek. Halina Bielowicz szybko zorientowała się w zagrożeniu. I nieco skróciła konferencję, żeby wyprowadzić w pole protestujących. Nadal czekali przed głównym wejściem, ale pani Halina wyprowadziła noblistę bocznym, od Belmont Ave. I szybko z nim odjechała. Słowem - uratowała „Bolkowi” wiele. Jeżeli już nie życie, to przynajmniej kawał reputacji. Za co zresztą i tak nigdy nie spotkała ją wdzięczność ze strony Lecha. Podobno w samochodzie ewakuacyjnym Wałęsa był autentycznie zdumiony reakcją Polonii. I domagał się wyjaśnień. Pani Halina, nie chcąc dołować noblisty i ratując gościnność rodaków podobno powiedziała, iż oburzenie zabranych wywołał fakt, że Lechu... do garnituru włożył swe nieśmiertelne, białe skarpety. Co - jak wiadomo - nawet wśród amerykańsko-polonijnych kontraktorów stanowi niedopuszczalne faux pas. Nie wiadomo, na ile wyjaśnienia te przekonały Lecha. Faktem jest jednak, że po powrocie z Chicago, pan prezydent zaczął znacznie staranniej dbać o swój strój. Zniknęły białe skarpety oraz golfy, noszone do garnituru. Było już jednak za późno, by ratować prezydenturę. Którą Lechu ostatecznie wkrótce potem stracił. Co dowodzi, iż było słuchać pani Haliny. Obecnie, prowadzi ona biuro rozliczeń podatkowych. I na brak klientów nie narzeka. Nic dziwnego - zna słabe strony finansowe Wuja Sama. Warto więc skorzystać z jej usług. Zawsze to przynajmniej kilka stów i kilka lat wolności do przodu. Nie mówiąc już o cennych - i co ważniejsze darmowych - poradach modniarskich.

(FOT. POLISH WINNIPEG)

Dodaj komentarz

Powrót