Gołota, Andrzej

20 Grudnia 2015

Legendarny polski pięściarz. Ma sporo tytułów. Brąz na olimpiadzie. I 4  trofea „OMC”. Czyli tytuł "o mało co" mistrza świata. Wszechstronny. Kim to już Andrzej nie był... Pracował jako ochroniarz, kierowca ciężarówki, inwestor. No i zawodowy bokser. Wcielał się też w różne role. A to policjanta, a to handlarza samochodami, a to tancerza. I to z gwiazdami. Uniwersalny, utalentowany, odważny. I nieodmienny patriota z Warszawą i Polską na koszulce oraz ustach. Już w Polsce za młodu był elementem konstruktywnym. Przyczyniał się np. do aktywizacji zawodowej społeczeństwa. Głównie wśród funkcjonariuszy policji. Te czasy ma już jednak dawno za sobą. Jako styczniowy Koziorożec jest konsekwentny. I uparty oraz nieustępliwy, jak nie przymierzając treningowa grucha bokserska na sprężynie. Startując w Stanach praktycznie od zera, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych pięściarzy świata w wadze ciężkiej. A nawet sportowców w ogóle. I choć - mimo kilku podejść - mistrzowskiego pasa ostatecznie nigdy nie zdobył, to jednak dla wielu pozostaje mistrzem. I specjaliści zgodnie potwierdzają, że co najmniej dwa razy został oszukany w walce o najwyższe trofeum. Przyczynił się wybitnie do rozwoju boksu. Jest wynalazcą niepowtarzalnej techniki – „prawego sierpowego wielkanocnego”. Czyli ostrego strzału poniżej pasa... Co Riddick Bowe do dzisiaj pamięta, narzekając na podniesienie tonacji swego głosu po każdej walce z naszym zawodnikiem, określanym niekiedy twardym mianem „Foul Polack”. Ring dał Andrzejowi nie tylko sławę i rozpoznawalność, ale też zapewnił środki do życia. "Gołota to ja jestem tylko z nazwiska" - czasem żartuje, ale nigdy nie przyznaje się, ile zarobił. Na six-pack chleba jednak na pewno wystarczy. Miłośnik literatury fantastyczno-naukowej. Zainteresowaniami znacznie wykracza poza stereotyp sławnego mięśniaka, który jak już cokolwiek z zainteresowaniem czyta, to wyłącznie własną książeczkę czekową. Nadal znane nazwisko. Na tyle, że niektórzy do dziś namawiają go do wspólnych interesów. Np. do otwarcia biura podróży, bo po dziś dzień nie wiadomo, w jaki sposób przedostał się  - podobno przez Szwecję - z Polski do USA w czasach, gdy ścigały go nad Wisłą „niebieskie krawężniki”. A było podobno tak... Na pewnej dyskotece, do Andrzeja podskoczył lekkomyślnie jakiś dżentelmen. Gołota, profilaktycznie choć niegroźnie, złomotał gościa w łazience. I by go nauczyć dodatkowo szacunku dla rasy ludzkiej, oduczyć wylewania piwa i zachęcić do przestrzegania słowa Bożego, zabrał facetowi ubranie. A następnie wyrzucił je do śmieci. W związku z tym, został przez poszkodowanego oskarżony o... napad rabunkowy. Co jest kategorią znacznie poważniejszą od zwykłego pojedynku dżentelmenów polskich na broń białą, czy też raczej różową, a więc na pięści. Na szczęście rozsądek zwyciężył. I rozeszło się po kościach. A ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski ostatecznie pozwolił Andrzejowi na powrót do Polski na mocy listu żelaznego. Który - tutaj kolejna ciekawostka - był skrupulatnie przestrzegany. Mimo nie tak znowu dojrzałego wieku, ma już za sobą życie pełne przygód, do których wciąż dochodzą kolejne. Żeby tylko chciał je wszystkie opowiedzieć. Ale - skubany - czai się ze zwierzeniami. I chyba tylko to jest powodem, że Warszawa nadal utrzymuje stosunki dyplomatyczne z Waszyngtonem. O ile Gołota rządził w ringu, o tyle w domu szorty bokserskie nosi (ale nie dosłownie)  żona Andrzeja - Mariola. I potrafi wyłapać najmniejszy faul. Nic dziwnego - ma uprawnienia... sędziego bokserskiego. A dodatkowo, jako adwokat zna wszystkie zagrania, uniki  i ciosy poniżej pasa nawet największych mistrzów. Nie z nią więc żadne numery... Nawiasem mówiąc, Gołota ostatnio ożenił się ponownie. Już po raz trzeci! I to z tą samą kobietą. Mariola i Andrzej złożyli sobie wzajemnie przysięgę małżeńską. I Andrzej na pewno jej dotrzyma. Nie ma w zasadzie wyjścia. Tak kompetentna i zdecydowana żona warta jest więcej od skalpu samego Mike’a Tysona...  

Dodaj komentarz

Powrót