Zeznania byłej dyrektor Amber Gold

11 Września 2018

Była dyrektor w Amber Gold Małgorzata Kin-Kaczmarek twierdzi, że do wybuchu afery nie wierzyła w to, że spółka Marcina P. to piramida finansowa. Zeznając przed sejmową komisją śledczą badającą sprawę gdańskiej firmy, powiedziała, że do końca małżeństwo P. zapewniało pracowników, że złoto jest kupowane. W jej ocenie, tylko Katarzyna i Marcin P. odpowiadają za przestępczą działalność spółki. Małgorzata Kin-Kaczmarek rozpoczęła pracę w Amber Gold w marcu 2010 roku w dziale pożyczek. W styczniu 2012 roku została dyrektorem departamentu produktów. Poseł PiS Jarosław Krajewski pytał czy była pracownica gdańskiej firmy zastanawiała się skąd spółka będzie miała środki na pożyczki dla klientów. "Kiedy pani po raz pierwszy dowiedziała się o tym, że środki przeznaczane na pożyczki przez firmę Amber Gold, pochodzą z wpłat klientów na tzw. lokaty?" - pytał wiceszef komisji. Świadek odpowiadała, że nigdy nie uzyskała takiej informacji. "Pan Marcin P. przekazał mi, że środki na pożyczki idą z linii kredytowej z banku BGŻ, z którym mamy umowę" - powiedziała Małgorzata Kin-Kaczmarek. Świadek zeznała, że z umów wynikało, że klienci są właścicielami złota. Ci jednak często dopytywali o losy kruszców i o to, kto jest ich właścicielem. Powstała nawet tzw. lista trudnych pytań - tę sprawę poruszyła przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann z PiS. Tę informację potwierdziła była dyrektor w Amber Gold, dodając, że klientom odpowiadano, że złoto znajduje się w skrytkach banku BGŻ. Z zeznań wynika, że Małgorzata Kin-Kaczmarek zorientowała się, że Amber Gold jest piramidą finansową po wejściu ABW i publikacjach dziennikarskich. O karalności Marcina P. była dyrektor dowiedziała się po paru miesiącach pracy. Na zebraniu z pracownikami, Marcin P. przyznał, że były to "błędy młodości". Świadek podkreśliła również, że kontrola Urzędu Skarbowego w Amber Gold trwała kilka miesięcy. Dokumenty mieli przekazywać kontrolerom pracownicy zajmujący się lokatami. Małgorzata Kin-Kaczmarek zeznała, że kontrolerzy nie pytali o brak sprawozdań finansowych i dotyczących podatku VAT. Była pracownica spółki powiedziała ponadto, iż była świadoma, że podpisała w imieniu Amber Gold umowę z funduszem poręczeniowym, który należał do głównej firmy Marcina P.
Fundusz miał ręczyć za lokaty zakładane w Amber Gold. Z materiałów komisji wynika, że spółka zachęcała klientów do inwestycji pisząc, iż zysk jest gwarantowany nawet do 16,5 procent, a lokaty zabezpieczone na wypadek bankructwa do kwoty 250 tysięcy złotych. Wiceprzewodniczący komisji i poseł PiS Jarosław Krajewski pytał Małgorzatę Kin-Kaczmarek, czy umowa, którą podpisała nie wydawała się jej podejrzana. "W obu spółkach był ten sam właściciel, czy dla Pani było to wiarygodne, że Pan Marcin P. gwarantuje Marcinowi P., że jak firma Amber Gold upadnie będzie płacił środki klientom wpłacone na tzw. lokaty w złoto?" - pytał poseł. "Umowa była zaopiniowana przez prawnika, więc wydawało mi się, że jest wszystko dobrze" - odpowiadała świadek. 

Dodaj komentarz

Powrót